Chciałabym dziś napisać o miejscu w którym ja i P. byliśmy około pół roku temu. Chodzi mianowicie o muzeum pamięci ofiar zamachów na World Trade Center. Od początku. Wybraliśmy się krótko po otwarciu i nie zdziwiła nas ogromna liczba chętnych do zwiedzania.
W strefie zero został założony park, a w nim dokładnie w kwadratach gdzie stały wieże powstały dwie fontanny(?) , nie wiem jak inaczej nazwać te budowle. Mają dwa poziomy - z większego woda spływa do mniejszego dając wrażenie otchłani, przynajmniej ja sobie to w ten sposób skojarzyłam. Na obramowaniach z kamiennych płyt wypisane są imiona i nazwiska ofiar zamachów.
W niezbyt dużej odległości stoi przeszklony pawilon będący wejściem do muzeum. W tym miejscu ponownie muszę napisać o ilości zwiedzających. Na miejsce przyjechaliśmy w okolicach godziny 12, i na początek ustawiliśmy się w kolejce po bilety, długiej…bardzo długiej kolejce….Same bilety były dość drogie jak na amerykańskie muzea, ale bez przesady. O ile pamiętam kosztowały 24$. Myśleliśmy, że skoro tak wyczekaliśmy się w tej kolejce to w końcu zgarniemy nasze bilety i wchodzimy zwiedzać, trochę dezorientowała nas jednak kolejka obok… w zbliżonych rozmiarach. Niestety im bliżej byliśmy kas tym szybciej orientowaliśmy się, że i ona nas nie ominie (nie chcę marudzić, ale w bonusie mieliśmy panujący upał). Otóż przy zakupie biletów potwierdziło się, że nasze wejście (czyt. ustawienie się w drugiej kolejce) przewidywane jest dopiero na 3pm. Czyli wygląda to tak: ustawiamy się w drugiej kolejce, a jej zmniejszanie jest wprost proporcjonalne do ilości osób opuszczających muzeum, do zobaczenia dużo więc rotacja jest wolna….
W końcu jednak nasza cierpliwość została nagrodzona i zmęczeni, ale wciąż z dużą dozą podekscytowania mogliśmy oddać się zwiedzaniu tego wyjątkowego obiektu.
Po wejściu do pawilonu trzeba się udać na ruchome schody, które zabierają nas do podziemi byłych wież WTC. Nie pamiętam po której stronie schodów, ale zaraz przy nich znajduje się fragment oryginalnej klatki schodowej, którą ewakuowali się ludzie. Tylko w jednej części zachowana bez zniszczeń…Dalej nasz spokój wystawiany jest na coraz większe próby… Fragmenty wież, ich konstrukcji, fragmenty samolotów, zniszczony wóz strażacki, fragment masztu telewizyjnego z północnej wieży… Buty, portfele z kartami kredytowymi, telefony, części garderoby, pęki kluczy, zegarki, list napisany przez człowieka uwięzionego na wyższych piętrach znaleziony na chodniku, kaski poległych strażaków itd. - wszystko wyciągnięte z gruzów, ciągle pokryte pyłem…Odtwarzane są nagrania dramatycznych rozmów telefonicznych ofiar ataku, historyczne audycje radiowe z poranka 11 września, filmy pokazujące moment ataków, nagrania świadków, nagrania wspomnień osób, które przeżyły itd… Jest część wystawy przeznaczona zamachowcom. Między innymi filmy z przejścia przez kontrolę na lotnisku i makieta samolotu z zaznaczonymi miejscami w których siedzieli itd… W końcu sala, w której na ścianach wiszą zdjęcia ofiar, a w tle odtwarzane są wspomnienia ich rodzin z tamtego dnia…
Nie we wszystkich salach muzealnym można robić zdjęcia, jest to oczywiste ze względu na prywatny charakter wystawy.
Podczas zwiedzania panuje cisza, tak wiem, że cisza to domena zwiedzania większości muzeów, ale mam wrażenie, że w National September 11 Memorial & Museum ta cisza nie jest wynikiem jakiś konwencjonalnych zachowań tylko przychodzi do zwiedzającego i zapiera mu dech w piersiach bo co powiedzieć kiedy oglądamy świadectwo jednego z największych, jak nie największego zamachu terrorystycznego w historii?
Z tego co zapamiętaliśmy w muzeum panował specyficzny zapach, nie bardzo nachalny, ale jednak wyczuwalny. Trudno było nam stwierdzić co za to odpowiadało - pył z czasów budowy muzeum czy jeszcze ze zburzonych wież.
I to dojmujące poczucie dramatu, ogromnej tragedii. Czuliśmy taki specyficzny lęk, który nie pozwalał zostawać w muzeum zbyt długo. Wyjeżdżając z podziemi oboje doszliśmy do wniosku, że nasza wizyta tam była jednorazowa. Nie jest tajemnicą, że powstanie obiektu w tej właśnie formie spotkało się z dużym niezadowoleniem części społeczeństwa z rodzinami ofiar zamachu na czele. Muszę przyznać, że ten tak bardzo prywatny i intymny charakter części zgromadzonych rzeczy powodował w człowieku refleksję czy tak powinno być, czy to nie dodaje tylko bólu osobom, które straciły tam kogoś dla siebie ważnego…
W samochodzie w drodze powrotnej pod wpływem świeżo nabytych wrażeń toczyła się rozmowa w której oboje wspominaliśmy tamten dzień. Moje wspomnienia opierały się tylko na oglądaniu transmisji telewizyjnej, ale P. jako amerykański obywatel, mieszkaniec stanu NY i to w bliskiej odległości od NYC pamiętał nagłe zamilknięcie radia w samochodzie, nerwy, alarm ostrzegawczy przed atakiem terrorystów, niedowierzanie, że to może być prawdą…Mama P. wspomina, że tego dnia w pracy kiedy podano informację o zamachu, kilku ludzi przeżywało chwilę grozy z powodu pracy w WTC ich bliskich, przyjaciół…W naszym mieście przed kościołem katolickim stoi tablica upamiętniająca kilkunastu poległych mieszkańców. W dwa tygodnie po ataku P. przejeżdżał przez New Jersey, jechał tuż przy rzece, więc widział ciągle dymiące się miejsce po WTC…
P.S.Kiedy stawało się na tych ruchomych schodach miało się wrażenie wjeżdżania do grobowca i jak się całkiem niedawno dowiedziałam, w pewnym sensie tak jest…w jednej z zamkniętych sal podziemnego muzeum umieszczono szczątki niezidentyfikowanych ofiar zamachu…nie pozostaje mi nic innego jak spuścić kurtynę milczenia…
P.S. Przepraszam za jakość zdjęć, nie były robione z myślą o blogu.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz