Bardzo niedawno będąc "na mieście" spontanicznie wybraliśmy się do kina. Mając do dyspozycji wszystkie aktualnie wyświetlane filmy wybór padł na "Into the Woods" (w polskiej wersji to chyba "Tajemnice lasu"). Niestety nie był to wybór przemyślany, wiedziałam tylko tyle, że jedną z ról gra Meryl Streep i jest to film fantasy, więc kiedy przy kasie spojrzałam na tablicę z tytułami i godzinami seansów stwierdziłam, że to wystarczy. Wchodziliśmy na salę nieco spóźnieni, film już od kilku minut trwał (ciekawostka: w Stanach na bilecie do kina nie mamy podanego konkretnego miejsca, siadamy gdzie fotel jest po prostu wolny), w związku z tym już przekraczając próg zorientowałam się, iż do określenia gatunku tego filmu nie wystarczy słowo "fantasy", konieczne jest jeszcze słowo "musical". Biedny P. nie przepada ani za jednym, ani za drugim. Nie widziałam wszystkich, ale o ile sobie przypominam, do tej pory z przyjemnością obejrzałam tylko dwa filmy muzyczne: "Grease" i "Mamma Mia". "Into the Woods" nie będzie trzecim niestety.
Obsada:
Obecność Meryl Streep była jednym z niewielu powodów dla których zostałam w fotelu do końca. Johnny Depp - krótki barwny epizod, może gdyby był dłuższy… Emily Blunt wywiera pozytywne wrażenie. I to wszystko. Pozostała część obsady, postaci była dla mnie raczej obojętna.
Fabuła:
Może pomysł połączenia różnych baśniowych wątków był dobry, ale potwierdziło się tylko, że sam pomysł nie wystarczy. W moim odbiorze twórcy nie dopracowali swojej koncepcji. Skróty fabularne, które może miały pełnić rolę nagłych zwrotów akcji, powodowały dezorientacje i nasuwały pytanie: "o co tu chodzi?". Niektóre rozwiązania były wręcz infantylne czego, moim zdaniem, przyczyną była chęć zmieszczenia całej wymyślonej fabuły w 124 minutach trwania filmu. Rozumiem koncepcje "pokażmy kontrast - szczęśliwe zakończenie jak w bajce, a potem jakby to było gdyby baśniowych bohaterów dosięgła jednak smutna rzeczywistość" ale to tym razem po prostu się nie udało. Czegoś zabrakło i w efekcie zaburzone zostały proporcje filmu. W pierwszej połowie, tej zmierzającej do "i wszystko dobrze się skończyło" była jakaś doza poczucia humoru, jakaś kolejność i sens zdarzeń. Natomiast druga połowa, "co by było gdyby książę okazał się zwykłym rozpieszczonym kobieciarzem", nagle emanuje smutkiem i dziwnymi zwrotami akcji. Bardzo lubię kiedy tradycyjne historie modyfikowane są z nowym pomysłem i w przypadku "Into the Woods" jest kilka elementów naprawdę godnych uwagi, ale moim zdaniem zabrakło wykończenia i przemyślenia całości.
I wreszcie muzyka. Oczywiście nie można się przyczepić do wykonań, nierzadko naprawdę trudnych utworów, wszyscy śpiewający aktorzy zasługują na uznanie. Jednakże taki typ muzyki, piosenek i częstotliwość z jaką się pojawiają trzeba lubić by z zadowoleniem obejrzeć podobny film.
Kostiumy nie zachwyciły mnie szczególnie mocno - duży plus jedynie za czarownice (graną przez Meryl Streep) przed i po przemianie i wilka, natomiast scenografia miała swoje mocne strony w postaci miasteczka, tytułowego lasu, ale i słabsze - domek babci czerwonego kapturka czy przedstawienie, jak by to nie brzmiało, wnętrza brzucha wilka.
Pozdrawiam
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz