Stany Zjednoczone charakteryzują, poza wszystkim innym, duże odległości. Amerykanie do ich pokonywania upodobali sobie, jakżeby inaczej, samochody (oczywiście z automatycznymi skrzyniami biegów) - to nie jest kraj rowerzystów, to nie jest kraj z rozwiniętym transportem publicznym, to jest kraj w którym auta prowadzą wszyscy, od nastolatków po 90-latków. Człowiek do odległości się przyzwyczaja i po pewnym czasie ich nie odczuwa, ale nijak nie zmienia to faktu, że dany odcinek trzeba jakoś przebyć aby dostać się do celu.Może gdyby amerykanie częściej przesiadali się na rowery… Z pewnością zmniejszyłby się problem otyłości, wręcz byłby to, w tym przypadku, kraj żelaznych pośladków, ale panujące tu długie mile nie są odbierane jako sprzyjające tej formie transportu. Szkoda.
Przechodząc już jednak do sedna sprawy: jestem obecnie posiadaczką dokumentu o nazwie "permit", jest to niepełna forma amerykańskiego prawa jazdy - mam uprawnienia do prowadzenia samochodu prywatnego pod warunkiem obecności na miejscu pasażera kogoś z pełnym prawem jazdy. Sam "permit" przypomina polski dowód osobisty i jest tutaj traktowany, rzecz jasna, jako pełnoprawny dowód tożsamości.
Jak wyglądała moja droga do otrzymania rzeczonego dokumentu? Otóż nie wymagała ode mnie specjalnego wysiłku. Jak każdy ubiegający się o "permit" musiałam udać się do DMW czyli odpowiednika polskiego WORD-u. Na miejscu wypełniłam formularz na który składały się standardowe pytania - krótka sprawa. Pobrałam też numerek, a w związku z tym, że sprawę załatwiałam w środku tygodnia, w dodatku w okolicy południa, szybko trafiłam do "okienka". Moja kandydatura musiała być usankcjonowana w pierwszej kolejności przedstawieniem kilku dokumentów ID, a każdy taki dokument jest w tej sprawie wartościowany odpowiednią liczbą punktów i o ile dobrze pamiętam należy ich zebrać 6. Ja nie skupiłam się specjalnie na tym aspekcie, zabrałam po prostu wszystko co można zakwalifikować jako ID czyli paszport (ma 2 pkt. to wiem), wyglądające jak polski dowód osobisty pozwolenie na pracę, dokument z numerem SSN (amerykański Social Security Number), mój polski dowód osobisty i szkolne ID. I dobrze, że nie poświęciłam temu choćby krzty niepokoju bo Pani przy okienku jedynie rzuciła okiem i wypełniła przeznaczone dla siebie rubryki. Jeszcze tylko szybkie sprawdzenie wzroku z cyklu "proszę wymienić literki z górnego rzędu" (tablica powieszona na stałe gdzieś dalej za paniami "w okienkach") i już udałam się do miejsca zdawania egzaminu.
Prawie bym zapomniała o jednym istotnym szczególe, mianowicie po drodze przystanęłam przed niewielkim białym tłem i bez żadnych ceregieli zrobiono mi zdjęcie - w taki oto sposób trafiłam do grona osób z okropnym zdjęciem na prawie jazdy (no w moim przypadku na "permit"). Zamierzam jednak odbić się od tego fotograficznego dna i zatrzymać się przed białym tłem raz jeszcze bo po prostu mam takie prawo, za drobną opłatą zdaje się (nie wiem czy ktoś oglądał sitcom ELLEN - w jednym z odcinków ten problem jest ciekawie przedstawiony ;)).
Następnie zrobiłam dosłownie krok w przód, kolejny w bok i już znalazłam się w wydzielonym miejscu dla rozwiązujących testy, z kilkoma krzesłami typowymi dla amerykańskich szkół. Otrzymałam swój arkusz, ołówek i po 10 minutach miałam już zaznaczone odpowiedzi. Nikt nade mną nie stał, nikt mnie nie "pilnował" - może są tam kamery? Nie wydaje mi się by ta kwestia pozostawała bez nadzoru bazując jedynie na wydzieleniu kilku metrów kwadratowych - jeśli w ogóle znalazłby się ktoś tak nieodpowiedzialny by ściągać ta tym konkretnym teście. Wracając, odłożyłam wypełniony arkusz gdzie kazali i wróciłam do części sali przeznaczonej dla petentów. Poczekałam chwilę i ponownie zostałam zaproszona do "okienka" gdzie udzielono mi niezbędnych informacji o zdanym egzaminie, o przysłaniu mi w ciągu dwóch tygodni właściwego dokumentu "permit" (przy okienku dostałam wersję papierową, tymczasową) i o koniecznym do zaliczenia 5 godzinnym kursie o którym napiszę za moment.
W mojej ocenie egzamin pisemny był zwyczajnie łatwy - odpowiedzi intuicyjne i wynikające z logicznych zależności. W tą wiedzę, którą należało mieć, uzbroiłam się w godzinach porannych tego samego dnia, więc naprawdę nie robią tam człowiekowi problemu. Ja zdawałam w języku angielskim, ale jeśli ktoś poprosi w innym to jest taka możliwość, z pewnością w hiszpańskim bo w Stanach wszystko jest alternatywnie napisane w tym języku, ale i z polskim też nie byłoby problemu, tak myślę. Popełniłam jeden błąd, pytań było 25, a ciekawostką pozostaje fakt, że mogłam ich popełnić chyba z 10 (nad tym też się nie skupiłam zakładając, że nie będzie mi potrzebne to udogodnienie akurat w takiej skali) i ciągle mieć zdany test.
Tak oto wizyta w DMW dobiegła końca, zajmując mi około 20 minut. Mając, kolokwialnie mówiąc, "permit" w kieszeni krótko potem usiadłam za kierownicą, a P. na nieznanym mu dotąd miejscu pasażera.
Jak sobie radzę z jazdą? Myślę, że całkiem nieźle i nie lepiej od innych z podobną "śladową" ilością doświadczenia za kółkiem. Prowadzę normalne, prywatne auta bez dodatkowych hamulców po stronie pasażera i oczywiście bez dużego L na dachu co z kolei wpływa na to, że inni użytkownicy ruchu nie mogą zorientować się z kim mają do czynienia. Co ja gadam?! Oczywiście orientują się szybko choćby po wolnym wchodzeniu w zakręty :P Zostałam już, rzecz jasna, strąbiona i uważam, w sprzeczności z wieloma opiniami, że klakson dość często jest przez amerykanów wykorzystywany na wyrost! :)
Mogłabym się rozpisać o wszędobylskości znaków STOP, o braku rond (a przynajmniej tych rozbudowanych bo małe wręcz kameralne sporadycznie się zdarzają) i o ograniczeniach prędkości, ale nie dziś i nie wiem czy w ogóle.
Przed udaniem się na egzamin praktyczny należy zaliczyć 5 godzinny kurs/wykład o bezpieczeństwie na drodze. Taką możliwość oferuje wiele placówek, w tym szkoły jazdy (tak, w USA oczywiście również są - z instruktorami, oznakowanymi autami mającymi dodatkowe hamulce, ale bez przywileju w postaci obowiązku do zaliczenia wśród kandydatów na kierowców). Ja zapisałam się na wykład do jednej z takich szkół i pewnego dnia spędziłam, w niewielkiej sali, czas od 4pm do 9pm, w towarzystwie około 25 innych osób. I tu robi się ciekawie, a może raczej zaskakująco…Na początku każdy miał się przedstawić, powiedzieć jak długo jeździ i czy jest już gotowy do podejścia do testu praktycznego na pełne prawo jazdy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy słyszałam: John, 20 years, I'm ready. Lisa, 10 years, I'm ready… Tak, okazuje się, że amerykanie potrafią naprawdę długo radzić sobie mając jedynie "permit" … Oczywiście wymieniłam te skrajne przypadki, ale ja z moim miesięcznym doświadczeniem byłam kolejnym skrajnym przypadkiem w grupie, ponieważ odpowiedziami najczęściej padającymi były te o 2 latach, roku czy 6 miesiącach. Była też osoba, ku przestrodze, mająca już na koncie pełne prawo jazdy, ale nie zwróciwszy uwagi na datę ważności swojego dokumentu musi zdać i zaliczyć wszystko od początku.
Jak wyglądał sam wykład? Raczej niczym merytorycznie nie różnił się od tych rozpoczynających naukę w polskich szkołach jazdy. Były różne sytuacje na drodze, były znaki, były przepisy, były wytyczne na co zwrócić uwagę i co będzie wymagane na "praktyce" i były prawdziwe historie, choć tych było chyba jednak zdecydowanie więcej: w postaci drastycznych filmów i opowiadań szczerego do bólu amerykańskiego instruktora. Facet postury stereotypowego harlejowca, z typowym zarostem i tatuażami widocznymi przy podwiniętych rękawach koszuli, ale z dobrze dobranym krawatem i ogólnie schludnym i eleganckim ubiorem. Opowiedział nam między innymi o tym, że zdarzało mu się prowadzić pod wpływem alkoholu, że nie pije od 17 lat i o bracie, który nie miał jego szczęścia i zostawszy trzy razy złapany pożegnał się z prawem jazdy na zawsze.
Na koniec wykładu każdy otrzymał (oczywiście bez żadnej formy dodatkowego sprawdzenia wiedzy) certyfikat i tym samym możliwość/prawo podejścia do egzaminu praktycznego…. Moja opowieść w tym miejscu się urywa, drugi etap jeszcze przede mną. Planuję podjąć wyzwanie w niedalekiej przyszłości i o doświadczeniach pewnie też napiszę. Jeśli coś pójdzie "nie tak" to najpierw będę musiała przegryźć porażkę, ale raczej w końcu napiszę ;)
Jak do tej pory droga do amerykańskiego prawa jazdy to kaszka z mleczkiem, a i teraz mam dość duże uprawnienia. Zobaczymy co będzie dalej. Z tego co już wiem to egzamin praktyczny tutaj w skali trudności też nie umywa się do tych realizowanych w Polsce, ale wkrótce się przekonam sama :)
Jak wyglądała moja droga do otrzymania rzeczonego dokumentu? Otóż nie wymagała ode mnie specjalnego wysiłku. Jak każdy ubiegający się o "permit" musiałam udać się do DMW czyli odpowiednika polskiego WORD-u. Na miejscu wypełniłam formularz na który składały się standardowe pytania - krótka sprawa. Pobrałam też numerek, a w związku z tym, że sprawę załatwiałam w środku tygodnia, w dodatku w okolicy południa, szybko trafiłam do "okienka". Moja kandydatura musiała być usankcjonowana w pierwszej kolejności przedstawieniem kilku dokumentów ID, a każdy taki dokument jest w tej sprawie wartościowany odpowiednią liczbą punktów i o ile dobrze pamiętam należy ich zebrać 6. Ja nie skupiłam się specjalnie na tym aspekcie, zabrałam po prostu wszystko co można zakwalifikować jako ID czyli paszport (ma 2 pkt. to wiem), wyglądające jak polski dowód osobisty pozwolenie na pracę, dokument z numerem SSN (amerykański Social Security Number), mój polski dowód osobisty i szkolne ID. I dobrze, że nie poświęciłam temu choćby krzty niepokoju bo Pani przy okienku jedynie rzuciła okiem i wypełniła przeznaczone dla siebie rubryki. Jeszcze tylko szybkie sprawdzenie wzroku z cyklu "proszę wymienić literki z górnego rzędu" (tablica powieszona na stałe gdzieś dalej za paniami "w okienkach") i już udałam się do miejsca zdawania egzaminu.
Prawie bym zapomniała o jednym istotnym szczególe, mianowicie po drodze przystanęłam przed niewielkim białym tłem i bez żadnych ceregieli zrobiono mi zdjęcie - w taki oto sposób trafiłam do grona osób z okropnym zdjęciem na prawie jazdy (no w moim przypadku na "permit"). Zamierzam jednak odbić się od tego fotograficznego dna i zatrzymać się przed białym tłem raz jeszcze bo po prostu mam takie prawo, za drobną opłatą zdaje się (nie wiem czy ktoś oglądał sitcom ELLEN - w jednym z odcinków ten problem jest ciekawie przedstawiony ;)).
Następnie zrobiłam dosłownie krok w przód, kolejny w bok i już znalazłam się w wydzielonym miejscu dla rozwiązujących testy, z kilkoma krzesłami typowymi dla amerykańskich szkół. Otrzymałam swój arkusz, ołówek i po 10 minutach miałam już zaznaczone odpowiedzi. Nikt nade mną nie stał, nikt mnie nie "pilnował" - może są tam kamery? Nie wydaje mi się by ta kwestia pozostawała bez nadzoru bazując jedynie na wydzieleniu kilku metrów kwadratowych - jeśli w ogóle znalazłby się ktoś tak nieodpowiedzialny by ściągać ta tym konkretnym teście. Wracając, odłożyłam wypełniony arkusz gdzie kazali i wróciłam do części sali przeznaczonej dla petentów. Poczekałam chwilę i ponownie zostałam zaproszona do "okienka" gdzie udzielono mi niezbędnych informacji o zdanym egzaminie, o przysłaniu mi w ciągu dwóch tygodni właściwego dokumentu "permit" (przy okienku dostałam wersję papierową, tymczasową) i o koniecznym do zaliczenia 5 godzinnym kursie o którym napiszę za moment.
W mojej ocenie egzamin pisemny był zwyczajnie łatwy - odpowiedzi intuicyjne i wynikające z logicznych zależności. W tą wiedzę, którą należało mieć, uzbroiłam się w godzinach porannych tego samego dnia, więc naprawdę nie robią tam człowiekowi problemu. Ja zdawałam w języku angielskim, ale jeśli ktoś poprosi w innym to jest taka możliwość, z pewnością w hiszpańskim bo w Stanach wszystko jest alternatywnie napisane w tym języku, ale i z polskim też nie byłoby problemu, tak myślę. Popełniłam jeden błąd, pytań było 25, a ciekawostką pozostaje fakt, że mogłam ich popełnić chyba z 10 (nad tym też się nie skupiłam zakładając, że nie będzie mi potrzebne to udogodnienie akurat w takiej skali) i ciągle mieć zdany test.
Tak oto wizyta w DMW dobiegła końca, zajmując mi około 20 minut. Mając, kolokwialnie mówiąc, "permit" w kieszeni krótko potem usiadłam za kierownicą, a P. na nieznanym mu dotąd miejscu pasażera.
Jak sobie radzę z jazdą? Myślę, że całkiem nieźle i nie lepiej od innych z podobną "śladową" ilością doświadczenia za kółkiem. Prowadzę normalne, prywatne auta bez dodatkowych hamulców po stronie pasażera i oczywiście bez dużego L na dachu co z kolei wpływa na to, że inni użytkownicy ruchu nie mogą zorientować się z kim mają do czynienia. Co ja gadam?! Oczywiście orientują się szybko choćby po wolnym wchodzeniu w zakręty :P Zostałam już, rzecz jasna, strąbiona i uważam, w sprzeczności z wieloma opiniami, że klakson dość często jest przez amerykanów wykorzystywany na wyrost! :)
Mogłabym się rozpisać o wszędobylskości znaków STOP, o braku rond (a przynajmniej tych rozbudowanych bo małe wręcz kameralne sporadycznie się zdarzają) i o ograniczeniach prędkości, ale nie dziś i nie wiem czy w ogóle.
Przed udaniem się na egzamin praktyczny należy zaliczyć 5 godzinny kurs/wykład o bezpieczeństwie na drodze. Taką możliwość oferuje wiele placówek, w tym szkoły jazdy (tak, w USA oczywiście również są - z instruktorami, oznakowanymi autami mającymi dodatkowe hamulce, ale bez przywileju w postaci obowiązku do zaliczenia wśród kandydatów na kierowców). Ja zapisałam się na wykład do jednej z takich szkół i pewnego dnia spędziłam, w niewielkiej sali, czas od 4pm do 9pm, w towarzystwie około 25 innych osób. I tu robi się ciekawie, a może raczej zaskakująco…Na początku każdy miał się przedstawić, powiedzieć jak długo jeździ i czy jest już gotowy do podejścia do testu praktycznego na pełne prawo jazdy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy słyszałam: John, 20 years, I'm ready. Lisa, 10 years, I'm ready… Tak, okazuje się, że amerykanie potrafią naprawdę długo radzić sobie mając jedynie "permit" … Oczywiście wymieniłam te skrajne przypadki, ale ja z moim miesięcznym doświadczeniem byłam kolejnym skrajnym przypadkiem w grupie, ponieważ odpowiedziami najczęściej padającymi były te o 2 latach, roku czy 6 miesiącach. Była też osoba, ku przestrodze, mająca już na koncie pełne prawo jazdy, ale nie zwróciwszy uwagi na datę ważności swojego dokumentu musi zdać i zaliczyć wszystko od początku.
Jak wyglądał sam wykład? Raczej niczym merytorycznie nie różnił się od tych rozpoczynających naukę w polskich szkołach jazdy. Były różne sytuacje na drodze, były znaki, były przepisy, były wytyczne na co zwrócić uwagę i co będzie wymagane na "praktyce" i były prawdziwe historie, choć tych było chyba jednak zdecydowanie więcej: w postaci drastycznych filmów i opowiadań szczerego do bólu amerykańskiego instruktora. Facet postury stereotypowego harlejowca, z typowym zarostem i tatuażami widocznymi przy podwiniętych rękawach koszuli, ale z dobrze dobranym krawatem i ogólnie schludnym i eleganckim ubiorem. Opowiedział nam między innymi o tym, że zdarzało mu się prowadzić pod wpływem alkoholu, że nie pije od 17 lat i o bracie, który nie miał jego szczęścia i zostawszy trzy razy złapany pożegnał się z prawem jazdy na zawsze.
Na koniec wykładu każdy otrzymał (oczywiście bez żadnej formy dodatkowego sprawdzenia wiedzy) certyfikat i tym samym możliwość/prawo podejścia do egzaminu praktycznego…. Moja opowieść w tym miejscu się urywa, drugi etap jeszcze przede mną. Planuję podjąć wyzwanie w niedalekiej przyszłości i o doświadczeniach pewnie też napiszę. Jeśli coś pójdzie "nie tak" to najpierw będę musiała przegryźć porażkę, ale raczej w końcu napiszę ;)
Jak do tej pory droga do amerykańskiego prawa jazdy to kaszka z mleczkiem, a i teraz mam dość duże uprawnienia. Zobaczymy co będzie dalej. Z tego co już wiem to egzamin praktyczny tutaj w skali trudności też nie umywa się do tych realizowanych w Polsce, ale wkrótce się przekonam sama :)
Pozdrawiam