piątek, 30 października 2015

O JESIENI


Tak sobie myślę, że wcześniej nie doceniałam należycie jesieni…Kojarzyła mi się głównie z chandrą po zakończeniu lata i opadami nieprzyjemnego deszczu. Przebarwione liście nie tyle zachwycały swoim nowym kolorytem co na skutek wszechobecnej wilgoci powodowały obawy przed nieciekawą wywrotką na chodniku. 
Tymczasem co roku intensywniej odczuwam zachwyt nad piękną złotą jesienią, niestety nie w Polsce, ale tej w wersji amerykańskiej też nic nie brakuje. 
Ciągle jeszcze niepoddające się słońce grzeje na spacerach, a otoczenie w postaci prawdziwej ferii barw momentami zapiera dech. Nowojorskie zalesienie i pofalowanie terenu niewątpliwie sprzyja wyjątkowości krajobrazu, a w przypadku zdjęć poniżej -  mojemu ulubionemu widokowi na Mid-Hudson Bridge dodaje nieopisanego uroku.
Nie odmawiam sobie co prawda umiejętności dostrzegania czy raczej powinnam napisać - wrażliwości na piękno natury, ale mój zachwyt nie przekłada się specjalnie na kwadranse czy chociaż minuty kontemplacji. Jednakże czytam właśnie książkę, której akcja dzieje się w czasach upadku kolonializmu w XVIIIw., na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych (w Karolinie Północnej), dlatego też częściej tej jesieni zdarza mi się patrzeć na okolicę oczyma wyobraźni, wczuwając w tamte minione, burzliwe lata i przede wszystkim z podziwem dla piękna jesieni… 









wtorek, 13 października 2015

O POLITYCE

Mamy tu kilka polskich programów telewizyjnych, w tym TVN24. Niestety od dłuższego czasu, zwłaszcza w okresie przedwyborczym (który trwa formalnie/nieformalnie już od wielu miesięcy), włączenie tego kanału kończy się dla mnie szeregiem mało pozytywnych odczuć. W programach informacyjnych, aż roi się od kolejnych wypowiedzi polityków, od kłótni, od obietnic i fałszywej troski. Tylko dziś słyszałam fragment jakiegoś dziwnego wystąpienia o pasożytach, które jakoby staną się problemem Polaków po przyjęciu uchodźców. Coś niesamowitego, wykalkulowano, że postraszenie może przynieść efekt wyborczy i proszę, formułowane są argumenty i przykłady, tak jak wtedy kiedy podawano jako fakt występowanie na terenie Szwecji regionów z obowiązującym prawem szariatu.
Czasami słyszy się pytanie czy politycy mają swoich współobywateli za mało inteligentnych…Sama się nad tym zastanawiałam kilka razy, ale niestety wydaje mi się, że sprawa jest wynikiem nie tyle zwykłego lekceważenia, a świadomym dziełem wyrachowania. Politycy zdają sobie sprawę z żenującej i nieprawdziwej treści swoich wystąpień, komentarzy czy działań, ale zaopatrzeni w badania socjologiczne, w doradców PR, statystyki i mało szlachetną determinacje nie boją się ich wypowiadać, pod nimi podpisywać. Celują w wybraną grupę społeczną, co wydaje mi się najsmutniejsze bo zdaje sobie sprawę z tego, że te wszystkie wywody przez które mnie dopada oburzenie mają swoich odbiorców, wręcz fanów. 
Nie jestem zaangażowanym obserwatorem polskiej polityki, nie jestem również zwolennikiem czy wyborcą konkretnej partii politycznej. Nie da się, z mojego punktu widzenia. Pozostaje zaufać własnemu zdrowemu rozsądkowi i mimo wszystko dążyć do wypracowania jak najwartościowszej kultury politycznej (w przypadku Polski można mówić raczej o pojawieniu się) w rozumieniu jej jako wzorów postaw i zachowań w relacjach obywateli i władzy. Jak? Chociażby głosując i popierając inicjatywy tych, którzy wnoszą coś pozytywnego - przecież nie można generalizować i pesymistycznie zakładać, że w polskiej polityce brakuje ludzi z prawdziwą misją. 
Donald Tramp też nie przebiera w słowach i polityka amerykańska ma swoje za uszami, ale mimo wszystko funkcjonują tu jakieś tradycje polityczne, istnieje kultura polityczna i…poczucie humoru.

środa, 7 października 2015

O FILMIE "THE MARTIAN"

Wczoraj spontanicznie wybraliśmy się do kina, a kontrowersyjnie przyznam, że nie lubię spontanicznych wypadów do kina. W moim przypadku to się zbyt często kończy wypowiadanym na głos lub nie (zależnie od tego czy film wybrałam ja czy P.): "mogliśmy iść na coś innego". Zdecydowanie wolę czekać na premierę, oglądać udostępniane wcześniej trailery czyli wybierać się do kina nastawiona na konkretny film. Na szczęście właśnie wczoraj zdarzył się wyjątek od tej reguły i spontaniczny wieczór w kinie, na seansie "The Martian" zapisuje w pamięci jako bardzo udany.

Filmy sci-fi nie należą do moich ulubieńców, ale czasem trudno im odmówić ciekawej fabuły, nowatorskich rozwiązań i po prostu pomysłu ("The Matrix" - przykład, którego nie trzeba nikomu przedstawiać). W przypadku "The Martian" mamy do czynienia z adaptacją książki - chyba niekoniecznie bardzo wierną, ale przemysł filmowy rządzi się swoimi prawami, a ten amerykański to już w ogóle.

Na Marsie w niedalekiej przyszłości trwa misja badawcza, którą niespodziewanie przerywa potężna burza pisakowa (jedyny element fikcyjny jeśli chodzi o warunki panujące na czerwonej planecie, dodany na potrzeby fabuły - no, z jakiegoś powodu musieli odlecieć). Opuszczony przez towarzyszy przekonanych o jego śmierci, astronauta Mark Watney staje w obliczu walki o przeżycie przy czym wszystko co pokazuje Bear Grylls to nic. Sam, na obcej planecie, na której nic nie rośnie, z perspektywą czteroletniego oczekiwania na kolejną kosmiczną ekspedycje - sytuacja nie do pozazdroszczenia. A jednak bohater się nie załamuje, zakasa rękawy, a w prowadzonym wideo-pamiętniku raczy soczystymi dowcipami. Na ziemi tymczasem toczy się inna walka bo gdy w końcu NASA zorientowała się, że Watney ma się całkiem nieźle, rozgorzały spory i dylematy z dziedzin od politycznych, PR-owych do szeroko pojętych technicznych i naukowych - jak to na ziemi. Miejscem akcji, choć o wiele spokojniejszej, staje się również statek kosmiczny z załogą misji na Marsa pod dowództwem nękanej wyrzutami sumienia pani komandor, który jest w kilkumiesięcznej trasie powrotnej. Czy to nie brzmi ciekawie? Cóż, nas skłoniło do kupienia biletów.

Ridley Scott, reżyser wielkich filmów ("Thelma and Louise", "Alien", "Helikopter w ogniu" i choć go nie znoszę to odmówić wielkości nie mogę - "Gladiator") w moim odczuciu po gorszej serii tytułów, których nawet nie chce mi się wymienić, odżył zawodowo reżyserując blockbustera, który wreszcie wszystko ma na swoim miejscu.

Obsada (przynajmniej ta część na, którą zwróciłam większą uwagę):
Nie to, że nie uważam Matta Damona za utalentowanego aktora, wręcz przeciwnie, jest co najmniej kilka filmów w jego karierze, które lubię ("The Talented Mr. Ripley) czy lubię bardzo (taki np. "Good will hunting"), ale odczuwam jakąś irracjonalną (przyznaję) niechęć do serii o panu Bourne, co od jakiegoś czasu skutkuje u mnie nie oglądaniem Damona w innych filmach nad czym ubolewam, od wczoraj jeszcze bardziej.
Jeff Daniels - ostatnim razem widziałam go w "Dumb and Dumber To", ale nie miałam żadnych wątpliwości, że rola szorstkiego szefa NASA to dla niego bułka z masłem.
Chiwetel Ejiofor - całkiem prężnie działający aktor z dobrymi rezultatami. Lubię go w rolach szlachetnych naukowców.    
Sean Bean - czy jest zimnym draniem, czy popełniającym błędy, surowym dowódcą o szlachetnym sercu czy poczciwym, starającym się sprowadzić astronautów do domu pracownikiem NASA - zawsze jest dobry w tym co gra.
Pozostała część obsady filmu "The Martian"również się sprawdziła i zdecydowanie działa na plus obrazu.

Słuchanie na Marsie starego, dobrego disco w wykonaniu np. zespołu ABBA? Dlaczego nie.

Polskim akcentem filmu, o sporym znaczeniu, jest Dariusz Wolski. Operator robiący karierę w Hollywood. Mamy szczęście do cenionych i utalentowanych operatorów filmowych, a Dariusz Wolski jest tego najlepszym przykładem. Bardzo podobają mi się zdjęcia jego autorstwa do wielu filmów, jego styl i wyczucie. Możemy być dumni z jego obecności w tym największym filmowym światku.

"THE MARTIAN" to typowy komercyjny film, z typowym amerykańskim humorem, typowym hollywoodzkim napięciem i typowym hollywoodzkim szczęśliwym zakończeniem, ale wszystko to jest  w najlepszej jakości - duży budżet zapewnił rozmach, humorystyczne momenty śmieszą, napięcie trzyma, a zakończenie (nie tylko) wzrusza. I ja to kupuje z całym inwentarzem bo on sprawia, że się "The Martian" po prostu dobrze ogląda, a 2 godziny i 20 minut mijają szybko i na dobrej zabawie. Dodatkowo temat "na czasie", kolonizacja Marsa coraz bardziej rozpala wyobraźnie prawie całego świata (Hollywood trzyma rękę na pulsie) i przekaz filmu: zamiast się poddawać, próbuj rozwiązywać swoje problemy, krok po kroku nawet jeśli się potykasz to zawsze idziesz do przodu, z wszystkim można sobie jakoś poradzić. Nic tylko polecać!

Pozdrawiam
SK

czwartek, 1 października 2015

O KINDLE


Żałuję, że nie zaopatrzyłam się w czytnik wcześniej. Myślałam o tym już parę lat temu, ale stwierdziłam, że wolę nabyć książkę, móc ją przeczytać przewracając papierowe strony, a później odstawić na regał. Tradycyjną, papierową formę książki nadal darzę wielką estymą, ale e-booki podbiły tę pragmatyczną część mnie.  

Po pierwsze: zakup e-booka trwa chwilę. Wybraną książkę mogę kupić nie ruszając się z własnej kanapy (to, że moja kanapa znajduje się w USA też ma swój wpływ), oczywiście jak wszystko w dzisiejszych czasach, ale mam ją na swoim KINDLE po kilku minutach, a to już raczej nie charakteryzuje zakupów internetowych. Istnieje małe "jeśli" bo dane wydawnictwo musi zostać zaproponowane w formie e-booka , ale z tym jest coraz mniejszy problem i większość książek można już nabyć w formie cyfrowej (nie przepadam za tym słowem, ale takie czasy). 

Po drugie: CZYTNIK. Jest mały, lekki i wcisnę go do każdej torebki. Nie męczy wzroku, sprawia wrażenie jakbym miała przed sobą zapisaną kartkę papieru. Radzi sobie z wieczornym syndromem "możesz już zgasić światło?", a przynajmniej te wersje z podświetleniem ekranu. Wszędzie mogę zabrać ze sobą kilka książek i czytać to na co mam ochotę. Podobno "na czytniku czyta się szybciej", ale w tej kwestii nie mam jeszcze wyrobionej opinii, mimo kilku miesięcy użytkowania.       

Mój wybór padł na KINDLE PAPERWHITE 7th GENERATION i od pierwszej chwili stał się moim ulubionym gadżetem. 


Pozdrawiam. 
SK