Nie jestem miłośniczką kryminałów. Zazwyczaj sięgam po nie gdy jestem z jakąś dłuższą wizytą u znajomych, chciałoby się poczytać przed snem, a nie ma akurat niczego ciekawszego do wyboru. Teraz mam inny problem natury technicznej, mianowicie ograniczony dostęp do literatury w języku polskim. Wiadomo, można przeczytać w języku angielskim, ale nie czuje się jeszcze na siłach i obawiam zmniejszonej przyjemności z lektury przy konieczności częstego zaglądania do słownika. Tym razem powód sięgnięcia po kryminał był podobny, ale nie dotyczył półek z książkami w domach znajomych, a półki z książkami do kupienia w polish deli w New Jersey. Po prostu nic ciekawszego dla mnie nie było i kiedy zauważyłam na okładce znane mi nazwisko: Henning Mankell, zdecydowałam się od razu. Od kilku ładnych lat szwedzcy pisarze wiodą prym w dziedzinie pisania kryminałów. Nie zdecydowałam się jeszcze na spotkanie z książkami chyba najsłynniejszego ich reprezentanta Stiega Larssona, ale Henning Mankell miał już kilka okazji do zdobycia mojego uznania. Pierwszy raz miałam przyjemność czytać historię w której głównym bohaterem jest Kurt Wallander, mimo iż autor najbardziej znany jest właśnie z cyklu o policjancie ze szwedzkiego miasta Ystad, ja natrafiałam do tej pory na pozostałe publikacje. W "Białej Lwicy" bo o tej pozycji mowa, droga policjanta z prowincji przecina się z drogami zawodowych zabójców, a knuta intryga opiera się na problemie apartheidu w RPA. Jest morderstwo, jak na szanujący się kryminał przystało, nie jedno, są tajemnice i napięcie związane z ich odkrywaniem, są nieoczekiwane zwroty akcji, no wszystko co powinno być - przynajmniej z mojego punktu widzenia, a przypominam, znawcą nie jestem. Zdążyłam jednak polubić sposób w jaki Mankell przenosi akcję w różne miejsca na globie i dotyka realnie istniejących tam problemów społecznych. Książkę czyta się szybko, chociaż miejscami co bardziej wrażliwym mogą przeszkadzać dość sugestywne opisy brutalności. No, ale takie prawo kryminałów. Jak na szweda przystało, Henning Mankell świetnie oddaje skandynawską atmosferę, ale co ciekawsze i przenosząc się z akcją do afryki południowej czytelnik może poczuć panujący tam skwar. Być może tajemnica tkwi w tym, iż autor na zmianę mieszka w Szwecji i Mozambiku.
Myślę, że jeszcze kiedyś chętnie potowarzyszę Kurtowi Wallanderowi w rozwikłaniu jakiejś zagadki kryminalnej:)
To na tyle i pozdrawiam:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz