środa, 20 maja 2015

W PRALNI

Byłam ostatnio "zmotywowana" do skorzystania z pralni publicznej. W wyniku nabycia nowego doświadczenia zdania na ich temat nie zmieniłam. Godzina spędzona na oczekiwaniu, aż trzy suszarki uporają się z naszym praniem była kreatywna tylko pod względem zdobywania owego doświadczenia. 

Siedem minut działania suszarki kosztuje 25 centów. Oczywiście wykupienie siedmiu minut nie wystarczy i 25 centowych monet należało wrzucić nieco więcej, żeby w końcu wszystko było suche. 
  

Owszem, pralnia przydaje się w nagłych przypadkach, kiedy domowy sprzęt piorący/suszący, mówiąc kolokwialnie, nawali. Ale opieranie na publicznej pralni całej rodzinnej struktury prowadzącej do noszenia czystych ubrań ciągle mnie nie przekonuje. Tak, więc z ulgą odebrałam paczkę z nowym bezpiecznikiem do naszej suszarki. 


Pozdrawiam













poniedziałek, 18 maja 2015

AUTO AMERYKAŃSKIE

Nie jestem fanką motoryzacji, uprzedzam wrażliwych na poprawność i pełny zapis nazw łącznie z rocznikami ;)

Od wielu lat amerykański rynek zalewają zagraniczne marki, chyba głównie japońskie, ciągle jednak po drogach dumnie krążą amerykańskie marki rodzime. Nie wymienię wszystkich, nie zrobiłam też zdjęć żadnemu LINCOLN-owi, CADILLAC-owi czy PONTIAC-owi, ale może jeszcze to nadrobię:)

Automatyczna skrzynia biegów - czy to nie brzmi zachęcająco? Dla mnie bardzo, ponieważ dzięki temu mechanizmowi umieszczonemu w samochodzie prowadzenie staje się prawdziwą przyjemnością. Zapominamy o sprzęgle i o dźwigni zmiany biegów, kiedy P. uczył mnie prowadzenia na automacie, zaznaczył na samym początku: lewa noga nie wtrąca się do jazdy, prawa na zmianę operuje gazem i hamulcem. Przyswojenie nowej jakości jazdy zajmuje chwilkę. Odnoszę wrażenie, iż w Polsce przez lata ugruntowały się silne stereotypy, a to że automatyczna skrzynia często się psuje, a to, że jest uciążliwa w serwisowaniu, że szarpie, wg niektórych to manualna skrzynia biegów wyznacza umiejętności i daje większe możliwości kontrolowania auta…Coś mi mówi, że podobne "tezy" stawiają osoby, które z inną skrzynią niż manualna do czynienia tak naprawdę nie miały. Słyszałam o zadowoleniu towarzyszącym przesiadce ze skrzyni manualnej na automatyczną, sama jestem zachwycona nową możliwością, ale jakoś nigdy nie obiło mi się o uszy nic o chęci przesiadki z automatu na skrzynię manualną… W Stanach pierwsze automatycznie skrzynie biegów pojawiły się już w latach 30 XX w., a obecnie około 90% kierowców ma je w swoich autach.


 TOYOTA - znana japońska marka w kultowej dla amerykanów wersji nadwozia.  
CHEVROLET - znana amerykańska marka.

 COPART czyli amerykański serwis aukcyjny (przynajmniej wywodzący się z USA, bo istnieją już przedstawicielstwa w innych krajach) proponujący zakup aut z rynku wtórnego w atrakcyjnych cenach. Od w połowie spalonych po lekko zarysowane, od zalanych po dach (pamięta ktoś szalejący w 2012 huragan Sandy? - miliony samochodów z NYC w różnym "stopniu zalania" trafiło na "pola" COPART) do tych z płytko wgniecionym zderzakiem. Wszystko opiera się na prowadzonych online licytacjach, gdzie przy odrobinie szczęścia i zaangażowania możemy okazyjnie nabyć prawdziwą "furę". Od czasu do czasu P. jedzie zobaczyć/sprawdzić jakieś auto na "polu" COPART - tak to nazywam ze względu na niekończące się połacie terenu, pokrytego szczelnie samochodami. Fajny widok, gorzej kiedy trzeba przejść te hektary bo akurat interesujące nas auto jest na drugim końcu.


DODGE VIPER (tak, zdaje sobie sprawę z istnienia kolejnych elementów nazwy)

…że to amerykańska kultowa pozycja w motoryzacyjnym świecie nie wspomnę…


I znowu bestseller bo FORD i do tego MUSTANG. 






Jak coś "się wgniecie" to w Auto Body (warsztaty blacharskie) "się" naprawi…

A na koniec prawdziwa amerykańska ciężarówka…

I coś co długim samochodowym wyprawą sprzyja…
…za galon benzyny…



Pozdrawiam



czwartek, 14 maja 2015

THE AGE OF ADELINE

Pewnego pięknego popołudnia, ja i P. trafiliśmy na trailer filmu "The Age of Adeline". Wydał nam się na tyle obiecujący, że film natychmiast trafił na naszą wyimaginowaną listę "do obejrzenia". Z żelazną konsekwencją, a korzystając z dobrodziejstwa przysługującego krajowi z którego film "pochodzi" udaliśmy się do kina w dzień premiery czyli już 24 kwietnia - o ile dobrze sprawdziłam, w Polsce "Wiek Adeline" dla chętnych dostępny będzie od 15 maja (zaczęłam pisać ten post, kiedy do polskiej premiery był jeszcze "szmat czasu"). Czy zaliczamy ten seans do udanych? Tak, ale kiedy przy napisach końcowych zapalono światło, czuliśmy lekki niedosyt. Jakoś tak po kilkukrotnym obejrzeniu zapowiedzi filmu, nastawiliśmy się na coś więcej (często można wpaść w pułapkę dobrze zmontowanego trailera), może nasze oczekiwania były nieco wygórowane… Naszym zdaniem (w przypadku tego filmu odczucia moje i P. są zbieżne) nie wykorzystano do końca potencjału historii, a ta jest dość ciekawa: w wyniku tajemniczego wypadku, tytułowa Adeline przestaje się starzeć - w dźwiganym przez nią bagażu doświadczeń mamy ciągłą ucieczkę przed władzami (z wiadomych powodów), rozdzielenie z najbliższymi, obserwowanie jak się starzeją, ale i  widziane na własne oczy przemiany, mody i wydarzenia minionego, XX wieku. To wszystko bez pojawienia się ani jednego siwego włosa na skroni. Fajnie? No, właśnie nie i Adeline ma już zdecydowanie dość tej dziwnej życiowej banicji. Tym bardziej, że na horyzoncie pojawia się pewien uroczy przystojniak, żeby było ciekawie syn jej dawnej, porzuconej miłości (oczywiście ze względu na przypadłość nieśmiertelności), a co tam, żeby było jeszcze ciekawiej gra go sam Harrison Ford.
W filmie jest kilka elementów, których zestawienie powoduje pozytywny odbiór całości. Dla mnie jednym z nich niewątpliwie jest narracja trzecioosobowa, którą uwielbiam i w filmach i w powieściach. Warta przychylnej oceny jest również obsada - sama Blake Lively moim zdaniem wypada przekonująco jako ponad stulatka w skórze dwudziestodziewięciolatki, z na oko, przynajmniej siedemdziesięcioletnią córką. …Ach, jakie to skomplikowane. Dalej Ellen Burstyn, czyli wspomniana córka - rola-perełka tego filmu, klasa sama w sobie. Michiel Huisman - ten bodajże holenderski aktor był mi prawdę powiedziawszy wcześniej nieznany, nie oglądam/oglądałam "Gry o tron" (uff, odważyłam się to powiedzieć, cóż za kontrowersja) w której grał/gra ani innych produkcji z jego filmografii, a jeśli jednak oglądałam to żadna jego rola nie zapadła mi w pamięci. Trudno mu odmówić męskiego uroku, ale uważam, że na tle absolutnie świetnego Harrisona Forda wypada blado. Między innymi tutaj właśnie mam wątpliwości co to poprowadzenia fabuły, spodziewałabym się czegoś więcej niż tylko wyrzeźbionej klaty (jakkolwiek godnej podziwu) po bohaterze dla którego Adeline chce przestać uciekać. Moim zdaniem rola powinna być bardziej rozbudowana, z większą dawką zróżnicowanych emocji, a nie nastawiona na przedstawienie totalnego zauroczenia godnego 17-nastolatka. Niemniej to zauroczenie/zakochanie/miłość wypada przekonująco w wykonaniu przystojnego Huismana.
Miłość pary, którą dzieli wszystko, wiele, czy chociaż trochę to schemat starszy niż kinematografia, ale  młody reżyser Lee Toland Krieger filmem "The Age of Adeline" koniec końców odświeża wysłużony motyw w sposób udany. 


Jesteśmy pierwsi! Z całych pięciu osób, które przyszły. 



Nasze okoliczne kino. 


Przed seansem można sobie pojeździć. 

Pozdrawiam 
SK


niedziela, 3 maja 2015

Z AMERYKAŃSKIEGO SUPERMARKETU

Dzisiaj dla odmiany zrobiłam kilka zdjęć typowo amerykańskim produktom. Skupiłam się na słodyczach i to tych znanych również w Polsce.

M&M's
W ojczyźnie M&M's mamy dużo większy wybór smaków: mleczna czekolada z preclem, miętowe, wiśniowe, kokosowe, z wszędobylskim masłem orzechowym, cynamonowe itd Producent proponuje też większy wybór w zakresie wielkości opakowania…
 Nie jestem miłośniczką tego przysmaku, ale zdecydowanie M&M's to pozycja kultowa w branży. 



OREO
W Polsce pojawiły się stosunkowo niedawno (przynajmniej wg moich obserwacji, kilka lat temu), w USA silną pozycję na rynku wyrobiły sobie ponad 100 lat temu!!! To całe pokolenia zjadaczy, więc i idealna sytuacja dla producenta bo co wpływa lepiej na słupki sprzedaży niż sentyment konsumenta. Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Stanów i udałam się na oględziny tutejszych sklepów spożywczych, ilość i różnorodność tych małych ciasteczek mnie zaskoczyła. Są wszędzie, we wszelkich możliwych kombinacjach. Mało tego są często składnikiem czy  "smakiem" innych dań: lody o smaku Oreo, serniki o smaku Oreo, shake czy nawet ciasteczka o smaku ciasteczek Oreo to norma. Wspomnę jeszcze, że podobnie jak w przypadku wielu innych produktów, nie tylko spożywczych bo dotyczy to również kosmetyków, skład masy ciasteczek kierowanych na rynek europejski różni się od tego przyjętego w USA. 


I NA KONIEC DESER 
Czy muszę pisać, że ciasta i wyroby cukiernicze w Stanach odznaczają się wysoką, a może lepiej napisać, wyższą kalorycznością? Nieee. Oczywiście w Polsce zjedzenie kawałka czekoladowego tortu też znacznie podnosi poziom glukozy we krwi, ale obawiam się, że przy tych serwowanych tutaj to pikuś. Jeden cukier!!! 
Przypomina mi się świetna polska komedia, z czasów kiedy jeszcze polscy twórcy potrafili robić, zaryzykuje słowem, genialne komedie, a zresztą jakie to ryzykowne stwierdzenie, przecież trylogia o Pawlaku i Kargulu genialna jest i kropka, ale ja nie o tym tylko o "Poszukiwany, poszukiwana" majstersztyku Stanisława Barei chciałam. Z popisową rolą Wojciecha Pokory gdzie poruszony został wątek badania zawartości "cukru w cukrze"…

Wyglądają pięknie, kolorowo, apetycznie, a słodkość załatwia… np. wpakowany kilogram słodziku.

Nie powiem, żeby słynny amerykański "cheesecake" nie przypadł mi do gustu, nawet wczoraj jadłam pyszny (nie, nie o smaku Oreo bo akurat tych połączeń unikam), ale ciągle #1 jest tradycyjny sernik wg przepisu cioci.  
Nie powiem też, że zupełnie nie mamy szans na zjedzenie dobrego, "zdrowego", tradycyjnego ciasta w USA. Jak człowiek poszuka to znajdzie. 

Wiem jedno, pozwalając sobie na kawałek ciasta rodem z amerykańskiej cukierni intensywniej myślę "ale ci w biedra pójdzie"niż podczas pałaszowania polskiego wyrobu. Jednakże, żeby nie stracić zwycięstwa na froncie dbania o figurę to gdziekolwiek by się nie mieszkało, nadmiernie odwiedzana cukiernia nie okaże się naszym sprzymierzeńcem. Taka prawda. 

Chcąc oddać sprawiedliwość społeczeństwu, w którym przyszło mi żyć, muszę przyznać, iż coraz większa świadomość żywieniowa nie jest domeną tylko Europejczyków. W USA te jak dotąd większe normy dla zawartości niektórych składników w pożywieniu (w tym cukru) zdecydowanie maleją,  a i  producenci dobrowolnie i drastycznie zmniejszają kaloryczność swoich produktów chcąc wpisać się w panujące coraz zdrowsze trendy.  No i to co niezmiernie ważne, mianowicie cokolwiek dosypią, doleją czy wmieszają, w tych prawdziwych ilościach, musi znaleźć się na etykiecie wymienione po słowie "ingredients". Gwarantuje to restrykcyjne pod tym względem amerykańskie prawo: możesz zjeść kilogram cukru w jednym ciastku, ale przynajmniej zrobisz to świadomie. Oczywiście jeśli jak na świadomego konsumenta przystało, pofatygujesz się i przeczytasz etykietę nie tylko w tej części z nazwą. 

Pozdrawiam słodko