wtorek, 22 września 2015

O VANDERBILT MANSION




Jakiś czas temu, po raz kolejny już, wybraliśmy się z P. do dawnej siedziby rodziny Vanderbilt. Uwielbiam takie miejsca bo odnoszę wrażenie jakby przenosiły mnie w czasie… Historia zdaje się wyzierać zza drzewa, czai się w każdym koncie, unosi się w powietrzu (czasem w formie stęchlizny, czy zapachu starego drewna, ale w takich przypadkach i to nastraja mnie nostalgicznie).


Pisałam już o Vanderbilt Mansion przy innej okazji, ale dziś będzie bardziej wnikliwie.
Frederick W. i Louise Vanderbilt kupują posiadłość w Hyde Park pod koniec XIXw., dokładnie w roku 1895. Stają się wówczas właścicielami 600-hektarowej (2,4 km2) nieruchomości, na wschodnim brzegu rzeki Hudson, w doskonałej lokalizacji między miastami New York i Albany. Do podjęcia decyzji o zakupie przekonywały zapewne: wspaniałe krajobrazy, rozległe trawniki, ogród, szlak o długości 3 mil położony wokół posiadłości i wzdłuż rzeki (mógł służyć do przejażdżek nowymi automobilami bo zdaje się wówczas zaczynały karierę na drogach pierwsze samochody). 
W 1896 rozpoczyna się budowa domu wg projektu pochodzącego z prestiżowej wówczas pracowni architektonicznej McKim, Mead & White. Musimy pamiętać, że rodzina Vanderbilt, w czasach dla siebie współczesnych, to elita, najbogatsi ludzie w USA. Dlatego zgodnie z pozycją i tendencjami tak zwanego Wieku Pozłacanego (określenie okresu w historii Stanów Zjednoczonych) wszystko na co decydują się przedstawiciele rodu musi być kosztowne, często specjalnie sprowadzane, ekskluzywne i robiące wrażenie. Co prawda wielkość nowej, wiejskiej rezydencji nie jest aż tak imponująca, ale nawet w najmniejszym stopniu nie będzie to wyrazem oszczędności, a raczej swego rodzaju ekscentryzmu. Oczywiście jest sprawą względną czy określimy Vanderbilt Mansion mianem rezydencji imponujących rozmiarów, ale ten przypadek najciekawiej jest rozpatrywać w kategorii porównania z innymi posiadłościami słynnej amerykańskiej rodziny. Niemniej w 1899, kiedy budowa i proces urządzania dobiegają końca, Państwo Vanderbilt mają do dyspozycji ponad 50-pokojowy pałac w stylu klasycznym. Wnętrza wyposażono z przepychem sprowadzanymi z Europy antykami, reprodukcjami królewskich dzieł sztuki, ręcznie rzeźbionymi i malowanymi sufitami w stylu weneckim itd. 
O tym jakie kosztowności można spotkać we wnętrzach może więcej powiedzą liczby…Rzeczywisty koszt rezydencji bez wyposażenia i oprawy to $660.000, natomiast łączny koszt całości wraz z ulepszeniami to już $2.250.000 i mówię tu o czasach, kiedy mężczyzna pracował cały dzień za dolara !  

Pierwsze ciekawe spojrzenia przyciąga bogato zdobiona fasada z kolumnami w porządku, o ile sobie dobrze przypominam, korynckim. 
Kolumny spotykamy na wszystkich czterech stronach budynku. 
Na terenie Vanderbilt Mansion National Historic Site co jakiś czas trwają prace renowacyjne. Jak już kiedyś wspominałam, Amerykanie dbają o swoje zabytki historyczne. 


Po przekroczeniu progu drzwi wejściowych i przedsionka wkraczamy do ogromnej sali z gigantycznym kominkiem. Z tego dużego pomieszczenia możemy udać się do poszczególnych komnat dookoła.




 Gabinety. Pierwszy, bardziej okazały, służył panu domu, drugi przypuszczalnie jego małżonce. Oba charakteryzują się sporym zaciemnieniem, nawet przy współcześnie zainstalowanej elektryce. Można sobie wyobrazić jak duży jest kontrast między skalą oświetlenia dzisiejszych domów, a tych sprzed wielu, wielu lat. W XIX w. trwały prace nad wynalezieniem żarówki i ulepszaniem wynalazku, kiedy więc Frederic Vanderbilt budował swoją nową rezydencję, ciągle jeszcze miał na uwadze zakup odpowiednich lamp naftowych i zapasu świec - płomień był kontrolowany, ale to nie zmienia faktu, że polegano na żywym ogniu. Chyba każdy choć raz doświadczył tzw. przerwy w dostawie energii elektrycznej, zapalenie świec przy takiej okazji bywa nawet całkiem miłe, ale wyobraźmy sobie, że to nasza codzienność…   

Łazienka na pierwszym poziomie. Obowiązkowy marmur. 


Sala jadalna. Ze względu na wyjątkowe eksponaty i charakter miejsca oczywistym pozostaje fakt, iż zwiedzający nie mogą poruszać się z większą swobodą po wszystkich pomieszczeniach pałacu, a i wyłączenie lamp w aparatach to niekwestionowany wymóg regulaminu zwiedzania. 

 

Schody i ich oprawa mnie urzekły. 

W centralnym punkcie domu zamontowano ogromne przeszklenie dachowe (o ile tak to się fachowo nazywa). W obliczu braku instalacji elektrycznej, przeszklenie stanowiło ważne źródło światła, a zastosowane w prywatnym domu dawało wyraz pozycji właściciela i nakładu finansowego jakim musiał dysponować żeby pozwolić sobie na podobne unowocześnienia, dotąd zarezerwowane głównie dla architektury dużych gmachów użyteczności publicznej, np. dworców kolejowych.   





Przewodnik. Skupienie i zaciekawienie malujące się na twarzach słuchaczy oddaje kunszt jego pracy. Bardzo doceniam profesjonalizm i widoczną pasje w tym zawodzie. Chyba nie trzeba nikogo przekonywać o wadze sposobu przekazywania informacji. Te podane w sposób ciekawy zostają z nami na dłużej bądź na zawsze, a te w formie zbliżonej do bełkotu, cóż, w większości mogą nie być rejestrowane. Najlepiej pamięta się to ze szkoły (czy ja jestem złośliwa? nieeeee).
Wiem, że takie same żarty słyszą wszystkie grupy zwiedzających bo to zawód w którym trudno uniknąć pewnej rutyny, ale nasz przewodnik najwyraźniej potrafi zachować świeżość i z nową energią podchodzi do wszystkich nowych uczestników wycieczki po Vanderbilt Mansion. Interakcja z turystami na najwyższym poziomie. 


Wspaniałe, bogate wyposażenie odzwierciedlające status właścicieli. 

Rzeźba umieszczona na półpiętrze schodów.



Jedna z sypialni, przeznaczona raczej dla członków rodziny. Goście często mieszkali również w innych budynkach na terenie posiadłości, oczywiście odpowiednio przygotowanych. 
Wspominałam już o tym, że pałac uznawano za mały, siedziba służyła do spędzania w niej okresu wiosny i jesieni. Młodsi członkowie rodziny (siostrzeńcy Państwa Vanderbilt; para nie miała własnych dzieci) dosłownie nazywali pałac małym domkiem wujka Fredericka. Trudno pomyśleć o domu liczącym 50,000 sq ft w kategoriach małego czy niewielkiego, ale jednak kiedy porównamy sobie siedzibę w Hyde Parku do tych wybudowanych przez innych członków rodziny, zdziwienie mija. W rankingu największych domów (choć trudno te budynki tak nazywać) w USA do tej pory zwycięża Biltmore Estate w Karolinie Północnej ze swoimi 250 pokojami - wybudowany z polecenia Georga Washingtona Vanderbilt, młodszego brata Fredericka. 








Sypialnie właścicieli. Pierwsza należała do Pani domu, natchnieniem była sypialnia królowej w Wersalu, druga odwzorowana z sypialni królewskiej w Madrycie, służyła Panu domu. Oddzielne sypialnie małżonków w tamtych czasach nikogo nie dziwiły. Umiejscowione w bliskim sąsiedztwie w centralnym punkcie pierwszego piętra stanowią dla wielu największą atrakcję rezydencji. Dla mnie osobiście nie, ale oczywiście bogactwo ich wystroju zrobiło na mnie wrażenie.   



Kolejny pokój do dyspozycji, najpewniej Pani domu. Mam słabość do tych wszystkich sekretarzyków. 

Przedsionek prowadzący do głównych sypialni. Na kanapie mógł sobie przysiąść np. ktoś wezwany do prywatnych pokoi któregoś z właścicieli. 

Przepiękna toaletka w kolejnej sypialni. 





Sypialnie. To co nadawało niepowtarzalny klimat tamtym minionym czasom to moim zdaniem kominki. Jedyne źródło ciepła więc musiały się znajdować we wszystkich strategicznych punktach domu czyli wtedy - wszędzie! 



Łazienka. Nie wiem czego się spodziewałam bo nie drewnianej balii, ale mimo wszystko zdziwiła mnie ta nowoczesność. Podobne spłuczki działały w niejednym mieszkaniu wcale nie tak dawno temu. W przeciwieństwie do marmuru, który wykorzystany został w całym domu i którego nie  mogło nie być i w kolejnej łazience.  

Zabytkowy gobelin. 


A to już schody dla służby. Odpowiednio mniej ozdobne i dyskretne.  



Cały najniższy poziom domu, chyba można go nazwać piwnicą, był do dyspozycji służby, pracowników rezydencji. W swoim czasie w całej posiadłości pracowało około 70 ludzi, momentami nawet 90. Cóż, żeby zapewnić wygodę Państwu i ich gościom bez takich wynalazków jak choćby centralne ogrzewanie i  elektryczność potrzebnych było wiele rąk do pracy.     


Winda do transportu posiłków i innych potrzebnych rzeczy, które można było w niej zmieścić. 



Łatwo jest sobie wyobrazić krzątających się tu pracowników. W tym punkcie domu część służby miała swoje sypialnie.  



Domowa lodówka - chłodnia.

Pracownicy rezydencji raczej dbali o zachowanie swoich posad i nie piszę tego dlatego, że do dyspozycji mieli bujany fotel przy kominku. Najwyraźniej Frederick Vanderbilt nie podzielał upodobań swojego dziadka Commodore (uważanego powszechnie za skąpca) bo służbie zatrudnionej w posiadłości rodziny Vanderbilt płacono $1.25 - $1,50 za dzień pracy, co w porównaniu z typowymi wynagrodzeniami w innych, okolicznych posiadłościach gdzie pracownicy mogli liczyć na około $0.50  - $0.75 za dzień, było podejrzewam wystarczającym argumentem na rzecz przykładania się do swoich obowiązków. 
  


Kuchnia, która przed laty tętniła życiem, w której gotowano potrawy dla przedstawicieli jednej z najbardziej znanych rodzin w Stanach, a do której dziś zwiedzający zaglądają przechylając się nad muzealnymi barierkami, wydaje się być nienaturalnie cicha. 



Poniżej zdjęcia z jednego z kilku innych budynków stojących na terenie posiadłości.  Kiedyś mogli się w nim zatrzymać goście Państwa Vanderbilt, dziś turyści robią tu zakupy w sklepie z pamiątkami (świetnym sklepie, szkoda że nie zrobiłam zdjęć) i właśnie tu płacą $10 dolarów za możliwość wejścia z przewodnikiem do głównej rezydencji. 



Muszę na chwilę pochylić się nad osobą Fredericka Vanderbilta. Nie pamiętam już kto, ale ktoś podsumował losy majątku słynnej rodziny zdaniem: "Pierwsza generacja rodziny Vanderbilt (Cornelius Vanderbilt) stworzyła majątek, druga generacja (William Vanderbilt) go podwoiła, a trzecia generacja (Frederick i jego rodzeństwo) go wydała". W odniesieniu do samego Fredericka to stwierdzenie wydaje mi się jednak niesprawiedliwe. Znając kilka faktów z jego życia nie odbieram tej postaci jako nastawionego na pieniądz, bezwzględnego w biznesie bogacza (co wymienia się jako przywary jego ojca i dziadka), ani też za szastającego pieniędzmi, rozpieszczonego marnotrawce.   
Jako jedyny z rodzeństwa podjął naukę na uniwersytecie ( na słynnym Yale, który często mógł liczyć na Jego doraźne wsparcie finansowe) co przy opinii jego dziadka na temat nauki w szkołach (cytat z Commodore: "Gdybym pobierał naukę w szkole to nie miałbym czasu żeby nauczyć się czegokolwiek innego") i odmiennej praktyki reszty rodziny było nawet dość ekstrawaganckie. Był zdolnym biznesmenem, dyrektorem  New York Central Railroad. Inwestował w stal, tytoń, górnictwo, bankowość, olej, rządowe papiery wartościowe i oczywiście, zgodnie ze swoistą rodzinną tradycją, w kolej.
Prowadził bogatą działalność charytatywną i filantropijną. Jak informują historyczne przekazy, nie lubił publicznie chwalić się dokonaniami w zakresie swoich inicjatyw dobroczynnych, co świadczy o skromności. Skromności w skali, która mogła zaistnieć wespół z noszonym nazwiskiem i pozycją. Z jednej strony mamy luksusowe rezydencje, przepych i wystawne życie przysługujące i niejako narzucone członkom rodziny Vanderbilt, a z drugiej strony mamy człowieka, który wbrew praktyce swojej klasy czyli powszechnie aranżowanym dla zysku i koneksji małżeństwom, wiąże się z miłości ze starszą o 12 lat kuzynką, płaci służbie wyższe niż obowiązujące stawki i nie trąbi na prawo i lewo o milionach przeznaczonych na Uniwersytety, na Armię Zbawienia i Czerwony Krzyż, że nie wspomnę o zbudowaniu "najskromniejszej" rodzinnej posiadłość!      

Jeszcze słówko o tym jak to się stało, że posiadłość trafiła pod dyspozycje instytucji państwowej. 
W 1938 odziedziczyła ją Margaret "Daisy" Van Alen, jednakże siostrzenica Louise i Fredericka nie miała pomysłu na wplecenie rezydencji w swoje intensywne życie, które wiodła głównie w Newport, a utrzymanie, nawet uznanego za najmniejszy dom z katalogu tych należących do rodziny Vanderbilt i tak kosztowało krocie. Najrozsądniejszym wyjściem z sytuacji była sprzedaż majątku w Hyde Park, ale jak tu sprzedać kiedy kupców na tyle majętnych, żeby sobie pozwolić na podobny zakup było stosunkowo niewielu, a dookoła obserwowano pokłosie Wielkiego Kryzysu. Na szczęście z pomocą pospieszył "sąsiad". Sąsiedzka rada cenną jest, a już w ogóle rada od "sąsiada", który sprawuje stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych (o tym, że rodowa siedziba F.D. Roosvelta również znajduje się w Hyde Park już pisałam przy innej okazji). Roosvelt zasugerował przekazanie za symboliczną opłatą posiadłości do National Park Service, a dziedziczka do tejże sugestii się przychyliła.  I tak w 1940 roku większa część posiadłości wraz z głównym budynkiem i znajdującym się w nim oryginalnym wyposażeniem stała się własnością Parku Narodowego i do dziś cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem turystów (około 350,000 rok rocznie).  

Na teren rozległego parku wjeżdżamy bez uiszczania żadnych opłat i do woli np. w formie piknikowej możemy korzystań z bogactw krajobrazu i natury. 



Pozdrawiam