niedziela, 22 lutego 2015

DEBIUTUJĄCA "AKWARYSTKA"

Postanowiłam zająć się wyczyszczeniem pewnego akwarium. Nieco zaniedbanego akwarium, które do tej pory powiedzmy, że nie mogło stanowić ozdoby żadnego pomieszczenia….



Jak można doprowadzić akwarium do takiego stanu? Cóż, można i już, lepiej o tym nie dyskutować:) 

Nie posiadałam wcześniej  doświadczeń w dziedzinie akwarystyki. Dlatego przyznam szczerze, iż na początku kiedy myślałam o wyczyszczeniu tego zbiornika (dość dużych gabarytów) chciałam wyszorować wszystko jakimś odkamieniaczem, wybielaczem, a potem potraktować szklane ściany płynem do mycia szyb "Windex" (wdzięczna amerykańska nazwa). Na szczęście szybko sama doszłam do wniosku, iż czyszczenie środkami chemicznymi plus wrażliwe na tego typu zanieczyszczenia rybki to całkowicie błędne połączenie i zły pomysł. Należało poszukać bardziej naturalnego wroga osadzającego się kamienia. Do głowy przyszedł mi wszechstronny ocet! Pozostałe osady, glony i muł nie stanowiły problemu, przy pomocy szczotki łatwo się ich pozbywałam. Nieodzownym źródłem informacji był oczywiście internet i strony czy fora poświęcone dbaniu o domowe akwarium. Niestety przez różnicę czasową i odległość nie zdecydowałam się zasięgnąć rady u kuzyna akwarysty, który posiada na ten temat znaczną wiedzę, ale podejrzewam, że nasze "nowe" akwarium sprowokuje mnie jeszcze do zadania Ł. niejednego nurtującego pytania. 
Wracając do tych technicznych kwestii. Na początek przy użyciu dużego plastikowego kubka wylałam połowę wody z akwarium, następnie korzystając z "siatki" wyłowiłam wszystkie rybki i umieściłam w  odpowiednio dużym plastikowym pojemniku do którego wcześniej wlewałam wodę ze zbiornika. Dodam, że wszystko co miało mieć kontakt z rybkami było wolne od jakichkolwiek zanieczyszczeń. Następnie pozbyłam się reszty wody i wyjęłam całą inną zawartość.  


Roztwór wody z octem (w odpowiednich proporcjach "na oko") w towarzystwie szczotki uporał się z prawie całym osadzonym kamieniem bez problemu. Wyszorowałam cały zbiornik, filtr i lampę. Sama szczotka i bieżąca woda poradziła sobie też z "wyposażeniem" akwarium czyli z brudem na sztucznych roślinkach i sztucznej "jaskini"(?). Ręcznikami papierowymi wytarłam wszystko do sucha, nie zostawiając smug. Kolejnym krokiem była wizyta w sklepie zoologicznym w celu nabycia dodatkowego "wyposażenia". Zdecydowaliśmy się na nowe kolorowe kamyczki, dodatkowe roślinki i coś w stylu "tapety" przyklejanej na zewnętrzną ściankę zbiornika. Ostatnim krokiem była akcja wkładania wszystkiego z powrotem w tym głównych lokatorów - złotych rybek. Co prawda wyczytałam, że prawidłowo powinno się wymieniać około 25% wody na czystą żeby nie zakłócać życia ekosystemu akwarium, ale ostatecznie wymieniliśmy jakieś 90% wody! Zdecydowałam się na to słysząc, że wcześniej te rybki miały już wymienianą całą wodę na czystą i nic złego się z nimi nie działo, ale następnego dnia rano, zaraz po przebudzeniu szybko pobiegłam sprawdzić jak rybki przetrwały noc w nowych warunkach. Zuchy pływały jak gdyby nigdy nic:) I mam nadzieje, że cieszyły się z tego, że w końcu widać coś w wodzie i przez szklane szyby :P  


 Przynajmniej na zasadzie kontrastu z tym co było wcześniej, efekt końcowy przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania:)

  
                                   


P.S. Przy okazji odwiedzin w sklepie zoologiczny "PETCO", chyba największym w naszej okolicy, nie mogliśmy z P. odmówić sobie zobaczenia wszystkich małych mieszkańców sklepu. Mieszkańców tymczasowych ponieważ zwierzątka były oczywiście do kupienia. My zdecydowaliśmy się zostać przy naszych rybkach i dwóch kotach, chociaż tarantula (za jedyne trzydzieści parę dolarów) robiła wrażenie…:) 





   


środa, 11 lutego 2015

MANHATTAN

Widok na Manhattan z perspektywy drugiego brzegu rzeki Hudson po stronie New Jersey jest świetny:) Jeśli tylko z P. jesteśmy w pobliżu to nie możemy się oprzeć żeby nie zatrzymać się choć na chwilę i nie "rzucić okiem" :) Szkoda, że moje zdjęcia nie oddają w całości tego zachwycającego widoku.




                             Były najwyższy budynek w New York City - Empire State Building


                     Obecnie najwyższy budynek w New York City - One World Trade Center










P.S. Tak na marginesie, dodam tylko, że zamieszkanie w Stanach zweryfikowało moje podejście do "bycia w pobliżu". Tutaj standardowo "jesteśmy w pobliżu", kiedy do jakiegoś miejsca mamy bite pół godziny drogi i więcej…

LAUNDROMAT

Chyba każdy kto doświadczył emigracji przyzna, że nie wszystkie zwyczaje "tubylców"są dla niego uzasadnione. Oczywiście w różnym stopniu. Innego poziomu zrozumienia będą oczekiwały od nas  zwyczaje amerykanów, a innego zwyczaje mieszkańców np. Azji.  
Jednym z takich amerykańskich "przyzwyczajeń", które trudno mi pojąć jest olbrzymia popularność jaką cieszą się pralnie publiczne. Wiem, nie tylko amerykanie korzystają z tego typu rozwiązania, a i w Polsce np. w co drugim szanującym się centrum handlowym działa pralnia, ale czy z taką samą intensywnością czy profilem usług? Z pewnością nie (no może zdarzają się pojedyncze przypadki). Nie mam wystarczających informacji odnośnie innych państw, ale również w ich przypadku nie wydaje mi się żeby to działało na taką skalę jak w USA. Tutaj sprawa wygląda tak: pralnie występują z olbrzymią częstotliwością, koszt to około 2,75$ za regularne pranie (jest to jednak zróżnicowane w zależności od miejsca i sposobu naliczania opłaty) - i to były plusy. Teraz napisze o tym co mnie zmotywowało do napisania tego postu (choć refleksje na ten temat miałam już wcześniej), mianowicie w trakcie jazdy samochodem w niedzielne popołudnie dostrzegłam idącą poboczem, a właściwie brodzącą w śniegu kobietę, ciągnącą za sobą wózek, którego zawartość stanowiła duża ilość prania… Niech mi ktoś wytłumaczy dlaczego zamiast umiejscowić niezbędny sprzęt w swoim miejscu zamieszkania, amerykanie wolą korzystać z pralni publicznych, co jak sama nazwa wskazuje wiąże się z praniem swoich rzeczy w bębnach, które mówiąc kolokwialnie, nie jedne gacie już widziały…. Na tą czynność trzeba poświęcić też czas, który w przypadku posiadania w mieszkaniu pralki możemy spędzić na własnej sofie zamiast na krzesełku w pralni (chociaż może jest to dla niektórych jedyny czas kiedy mogą w spokoju poczytać lub posłuchać muzyki ponieważ w domu zawsze jest coś do zrobienia). Próbował mi to wytłumaczyć P., który wynajmuje mieszkania (z moich obserwacji wynika iż pralnie są w większości domeną mieszkańców wynajmowanych mieszkań) i jego najemcy również korzystają z pralni. Argumentował to kwestiami instalacji wodnych i elektrycznych, siłą przyzwyczajenia, opłacalności itd. Osobiście przekonana jednak ciągle nie jestem. 

Jest jednak coś co przyswoiłam sobie tutaj z prędkością światła w odniesieniu do tej koniecznej domowej czynności jaką jest pranie…i teraz dziwie się, że w Polsce nie jest to tak "normalne" jak tutaj. 
Mianowicie SUSZARKA. Jedno słowo i wszystkie panie/panowie domu wiedzą o co chodzi:) 
W tych mieszkaniach czy domach, w których nie korzysta się z pralni normalną rzeczą jest posiadanie pralki wraz z suszarką. Nie ma żadnych "linek", suszarek "analogowych" rozstawianych po kontach z wyginającymi się drutami, z praniem schnącym zimą dwa dni - nic z tych rzeczy. Mokre pranie z pralki trafia do stojącej obok suszarki, a z niej po jakiejś godzinie (mniej lub więcej) do szafy - jest to jedna z rzeczy, które uprzyjemniły mi emigracje :p W Polsce nie miałam nawet miejsca żeby zainstalować tego sprzętu, że nie wspomnę o tym, że w cenie pralki koszt takiego ułatwienia się nie mieści…
  





wtorek, 10 lutego 2015

NIAGARA FALLS

W prawdzie od naszej wizyty w mieście Niagara Falls minęły już prawie dwa lata, jednakże żywioł jakim są wodospady jest nie do zapomnienia:) Zacznę może od kilku informacji. Na początek wspomnę, że nie ma jako takiego wodospadu Niagara… Niagara Falls to nazwa dwóch miast leżących po jednej i po drugiej stronie rzeki Niagara, która oddziela część amerykańską od kanadyjskiej. Atrakcją turystyczną są trzy ogromne wodospady: "American Falls", "Bridal Veil Falls" (amerykańska strona) i "Horseshoe Falls" (po stronie kanadyjskiej)…Nie wiem dlaczego, ale zupełnie inaczej wyobrażałam sobie całość. Spodziewałam się jednego ogromnego wodospadu umiejscowionego wśród wysokich drzew, natury - tymczasem zgadza się jedno: wśród wysokich…, ale budynków… P. rozwiał moje wyobrażenia już w drodze, był tam wcześniej - w końcu Niagara Falls leży w stanie New York, rodzinnym stanie P. I tak w pewnym momencie drogi, po około 5 godzinach trasy (tak, tak żeby przejechać z jednego końca naszego stanu na drugi potrzebnych jest jakieś 6 godzin), usłyszałam: "jesteśmy na miejscu"…Ja tu się rozglądam, a dookoła tętniące życiem miasto, wszystko w całkowitej opozycji do tego czego się spodziewałam. P. wskazuje mi jednak obłok pary wodnej na horyzoncie i upiera się, że to tam bez dwóch zdań…



 Zaparkowaliśmy na parkingu i udaliśmy się do parku…właśnie takie wrażenie odniosłam: miasto i park miejski, z tą różnicą, że główną atrakcją nie był plac zabaw czy pomnik, a wodospady…Popisowo rozwinięta infrastruktura turystyczna przewiduje oczywiście wiele atrakcji, od możliwości podpłynięcia statkiem pod same wodospady (skorzystaliśmy) po sklepy z pamiątkami i restauracje (wiadomo, jak tu wyjechać bez kupienia kilku pamiątek). Mnie najbardziej przypadły do gustu specjalne pomosty połączone schodami, wijące się między ogromnymi głazami tuż pod kaskadami. Mamy je do dyspozycji z obu stron. Dzięki gumie, która pokrywała schody i pomosty, nie było obaw o poślizgnięcie, niemniej taka wyprawa znacznie podnosiła poziom adrenaliny we krwi, czuło się miażdżącą siłę wody. Kiedy o tym mowa, trudno ponownie nie wspomnieć o zapierającym dech w piersiach (dosłownie, jak pod intensywnym prysznicem) rejsie. 
Przy zakupie biletów (nie pamiętam kwot, kojarzy mi się tylko około 25$ za osobę na rejs statkiem) otrzymaliśmy foliowy płaszcz (właściwie dwa, niebieski na czas rejsu i żółty do pokonywania schodów) i obuwie (sandały z antypoślizgową podeszwą), ale nic nie mogło nas uchronić przed wyglądem zmokłej kury. Jadąc do, w samochodzie działała klimatyzacja, ale jadąc z, pełną parą ogrzewanie:) Dodam tylko, że byliśmy tam w maju, jakoś na początku i pogoda do upalnych nie należała, o nie. Zimno mi na samo wspomnienie. Z tego względu eksplorację turystycznych atrakcji zakończyliśmy na stronie amerykańskiej, a i tam nie wykorzystaliśmy pełni oferty (nie byliśmy w Jaskini Wiatrów - dla niektórych nazwa lekko dwuznaczna). Choć wg wielu to właśnie ze strony kanadyjskiej rozpościera się najlepszy widok. Tak, w ramach informacji turystycznej: nie jestem pewna na 100%, ale Kanada nie wymaga chyba wizy turystycznej, więc posiadając takową amerykańską, po uiszczeniu niewielkiej opłaty (a ta jest pobierana przez automat chyba nawet w drodze powrotnej) po przejściu przez most, co zajmuje podobno grubo ponad godzinę, możemy podziwiać, podziwiać i jeszcze raz podziwiać:) Mimo wszystko, czy czułam niedosyt? NIE. Widoki i po stronie amerykańskiej były przepiękne:)       





Więcej szczegółów, które chciałabym opisać sobie nie przypominam, ale coś mi mówi, że jest duże prawdopodobieństwo powrotu tam za jakiś czas i odświeżenia wspomnień:)

Pozdrawiam:)

sobota, 7 lutego 2015

KRAWIECTWO "NAJWYŻSZYCH LOTÓW"

A już myślałam, że nie odziedziczyłam ani krzty zdolności krawieckich. A teraz mogę dumnie powiedzieć, że nie odziedziczyłam PRAWIE żadnych zdolności krawieckich po mamie, babci i innych  członkiniach rodu, które szyły, dziergały, przerabiały, wyszywały, pruły, skracały, poszerzały itd itd Mimo, że czasy wymagające największej inwencji i kreatywności krawieckiej czyli PRL dobiegły końca, w mojej rodzinie ciągle wykorzystuje się nabyte umiejętności i tak np. "spod igły" mojej mamy wychodzą piękne, misternie wyszywane obrazy:) 
Ja tymczasem jestem w posiadaniu świetnie leżących spodni marki GAP w fasonie "slim boyfrient" z jedną małą wadą, mianowicie za krótkie nogawki. Chcąc je nosić podwinięte, musiałabym się pogodzić z  długością a la"rybaczki" czego zaakceptować nijak nie potrafię z powodu charakterystycznych dla popularnych "boyfriendów"szerszych nogawek. Nawiasem mówiąc, za tą długością nigdy specjalnie nie szalałam. Wpadłam jednak na genialny (mam nadzieje, że ironia jest oczywista) w swej prostocie pomysł z doszyciem samego "podwinięcia"… Zdjęcia poniżej przedstawiają prototyp, wykonany z innych spodni, notabene również Gap i chyba przy tym już zostanę. Teraz wystarczy już tylko połączyć jedno z drugim jakimś wytrzymałym "ściegiem"(czytaj: przeszyję taką ilością nitki żeby się trzymało bo i tak ten etap będzie przykryty podwiniętą nogawką) i można pokazać się "na mieście":)     





WIDOK ZA OKNEM

 Nie jestem miłośniczką zimy, aczkolwiek potrafię dostrzec jej swoiste piękno. I właśnie kiedy dziś wyjrzałam przez okno zachwycił mnie poranny krajobraz…taki bajkowy, fantastyczny…





GENERAŁ

Jak miło ni stąd ni zowąd, jadąc samochodem, dostrzec powiewający symbol ojczyzny… Aż do wczoraj nie byłam świadoma istnienia w "naszym" mieście pomnika zasłużonego dla niepodległości Polski i Stanów Zjednoczonych Kazimierza Pułaskiego. Nazwisko tego wybitnego Polaka nie było mi oczywiście obce -  historia to jedna z moich ulubionych dziedzin, ale przy okazji poczytałam trochę i odświeżyłam wiadomości.  I tak, urodzony w 1745r. Kazimierz Pułaski został jednym z dowódców konfederacji barskiej zaprzysiężonej w obronie niepodległości i wiary katolickiej czyli przeciwko  wpływom na Rzeczpospolitą carskiej Rosji oraz przeciwko, wspieranemu przez Imperium, królowi Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu. Zmuszony do życia na emigracji z powodu niefortunnej próby porwania króla, niechciany w żadnym kraju współczesnej Mu europy, trafia w końcu do kształtujących się właśnie Stanów Zjednoczonych. I to w szeregi armii samego Jerzego Waszyngtona, który po niedługim czasie mianuje go generałem brygady amerykańskiej kawalerii co podobno było powodowane wdzięcznością za uratowanie życia…To się nazywa błyskotliwa kariera. Warto wspomnieć o utworzeniu legionu Puławskiego na którego czele generał odniósł zwycięstwo nad Anglikami w bitwie pod Charleston oraz o nadaniu Mu stopnia mistrza amerykańskiej wojskowej loży wolnomularskiej. W 1779 umiera w wyniku odniesionych ran podczas oblężenia miasta Savannah. Amerykanie odwdzięczają się uznając Go za bohatera narodowego i upamiętniają po dziś dzień np organizując parady (słynna coroczna parada Pulaskiego przechodząca 5. aleją w Nowym Jorku), obchodząc Dzień Pamięci Generała Pułaskiego (11 października), stawiając liczne pomniki, nazywając jego nazwiskiem hrabstwa, mosty itd, że nie wspomnę o nadaniu mu (2009r.) pośmiertnego honorowego obywatelstwa Stanów Zjednoczonych, a tym zaszczytem amerykański kongres nie szasta na prawo i lewo, o nie. No, nie ma co narzekać - nazwisko Pulaski, mimo upływu wieków, nie zostało zapomniane w USA. Jeszcze taka ciekawostka: w języku angielskim imię Kazimierz zapisuje się jako "Casimir". 
Cześć i chwała Generałowi Pułaskiemu!!!:)