sobota, 19 grudnia 2015

O SKLEPIE POLSKIM W USA

Najczęściej odwiedzanym przez nas "polskim sklepem" jest "PIAST" w Garfild w stanie New Jersey. Jakiś miesiąc temu zrobiłam kilka zdjęć owego bastionu polskiego smaku w USA, ale nie byłam przekonana o słuszności umieszczenia ich na blogu - to w końcu po prostu sklep spożywczy. Wczoraj  byliśmy jednakże na przedświątecznych zakupach i tym natchniona postanowiłam je tu umieścić mimo wszystko (tych zdjęć przecież nie zrobiłam z myślą o rodzinnym albumie).  

Jeśli ktoś jest ciekaw jak wygląda "polish store", proszę uprzejmie: 









Prawda, że kawałek konsumenckiej Polski (może takiej "lekko" sprzed lat - ta boazeria na ścianach…) w USA? 
Jeśli chodzi o ilość i jakość towaru to prezentowany powyżej "Piast" jest naszym absolutnym faworytem, podejrzewam zresztą, że jest tak dla większości Polonii z regionu, a przynajmniej po tej stronie rzeki Hudson - po drugiej, spragnionych rodzimych produktów, przyciąga sam Greenpoint. 
Niedaleko otwarto "Biedronkę" lub powiedzmy sobie szczerze jakiś rodzaj jej hybrydy, ale tam nie ma szans na świeże wędliny i sery, pieczywo czy prasę. 
W "polskim sklepie" nie wszystko jest takie na wskroś polskie, swoje miejsce mają tam i amerykańskie towary np. mleko. Po części jest to pewnie spowodowane chęcią oferowania bardziej kompleksowej obsługi, a po części wynik dostosowania do klienta w różnym stopniu, ale jednak zamerykanizowanego - np. o ser czy wędliny prosi się w funtach, na dziale dań gotowych dodatkiem są "mash potato", w wąskich przejściach między półkami częściej słyszy się i mówi, z przyzwyczajenia, "excuse me", a nie "przepraszam"…

Amerykanie coraz bardziej przekonują się do polskiej żywności i chętnie robią zakupy choćby "PIAŚCIE" - sama obserwuje jak często język angielski pojawia się przy stoisku z wędlinami. O większym zainteresowaniu polskimi wyrobami mówią też oficjalne dane co niezmiernie mnie cieszy. 

Pewnie nieraz o tym pisałam/mówiłam: amerykańskie jedzenie przegrywa z polskim chyba na każdym polu. Mamy lepsze słodycze, lepsze pieczywo, lepsze tradycje kulinarne, lepsze restauracje…dużo by wymieniać. Nawet hamburgery w polskich McDonaldach lepiej smakują. Zdaję sobie sprawę, że w jakimś stopniu idealizuję, taka ludzka skłonność, ale nie bez powodu każdorazowo odwiedziny w "polish store" to takie mini święto. 

Po ponad dwóch latach pobytu stałego w USA skłamałabym mówiąc, że nic mi nie smakuje. W Stanach jest większy wybór produktów z całego świata, a i rodzimi amerykańscy producenci coraz częściej stawiają na produkcję "organic", więc cotygodniowe zakupy spokojnie mnie zadowalają i przy posiłkach się nie krzywię.  



Z życia kulturalnego Polonii amerykańskiej! Laskowik! 
Wszelkie obwieszczenia, plakaty i reklamy "made in Ojczyzna" na szybach  "polish store" to norma bo w końcu gdzie indziej miałyby łowić zainteresowanie. 

Pozdrawiam 
SK


piątek, 18 grudnia 2015

O "SPCA"

Nie wiem jak innym, ale mnie schroniska dla zwierząt kojarzą się głównie z błotem, metalowymi ogrodzeniami i dużym przepełnieniem. Przyznam szczerze, że nigdy nie byłam w żadnym polskim schronisku i może, mam nadzieję, nie wyglądają tak jak to sobie wyobrażam lub nie wszystkie są takie jakimi je widziałam w przekazie telewizyjnym. 
 Jadąc do SPCA czyli amerykańskiego odpowiednika schroniska dla zwierząt byłam przygotowana na widok rozdzierający serce, tymczasem kiedy wjechaliśmy na parking nieopodal nowoczesnego budynku położonego w pięknej okolicy i nigdzie nie dało się zauważyć klatek, ani usłyszeć szczekania - pomyślałam, że P. właśnie pierwszy raz pomylił drogę. 


Nie wiem czy wszystkie hrabstwa stanu New York mogą pochwalić się tak nowoczesnym budynkiem SPCA, ale hrabstwo Dutchess, jak widać na poniższych zdjęciach, tak.  
Pomieszczenia gdzie przebywają zwierzaki nie są może zbyt obszerne, ale zadbane, czyste i wyposażone w niezbędne rzeczy. W kompleksie panuje wręcz zaskakująca cisza, spokój oraz życzliwa atmosfera. 

Już jakiś czas temu zauważyłam (nie wiem czy rzecz dotyczy całych Stanów, pewnie nie), że do adopcji w przeważającej większości trafiają pieski konkretnych ras. Na stronach internetowych poświęconych psim adopcją czy w SPCA najczęściej spotykane rasy to: pitbulle, amstafy i tym podobne. I choć już dawno temu przekonałam się, że to kochane i bardzo oddane psiaki (jak wszystkie zresztą) to ich obecność w SPCA w tak przeważającej ilości jest dość zastanawiająca. Tak zwane "kundelki" nie pojawiają się prawie w ogóle - ponownie obawiam się myśleć o przyczynie takiego stanu rzeczy. Natomiast miłośnikom kotów SPCA ma do zaoferowania pokaźną gamę umaszczeń i ras. Piękne, duże koty z charakterystycznym dla nich spokojem i godnością czekają na nowego opiekuna. 




















Chcąc przygarnąć szczeniaka lub kociaka trzeba poczekać na jedną z nielicznych okazji. 

Psi smutek jest ten sam, niezależnie od kraju. Zwierzakom brakuje domu, ale pocieszający pozostaje  fakt, że na ten dom czekają w godnych warunkach. 

Pozdrawiam 

środa, 9 grudnia 2015

O DOMACH W USA


 Może kiedyś napiszę, w ujęciu technicznym, co w amerykańskich domach mi się najbardziej nie podoba, co mnie dziwi, a co uważam za godne uwagi, ale zdjęcia które zrobiłam na jednej z ulic w Poughkeepsie są dla mnie natchnieniem do podjęcia innego wątku. 
Mianowicie amerykańskie domy, ze swoją specyficzną architekturą wydają mi się często albo gotowym planem horroru albo miejscem do zamieszkania dla czarownicy z bajki. Zdecydowanie często są to budynki pokaźnych rozmiarów, z kolumienkami, z wieżyczkami, pomalowane - powiedzmy z fantazją lub wręcz w "złowieszczych" kolorach,  z różnymi zdobieniami…Wyglądają na wiekowe i w zadziwiającej większości po prostu liczą sobie dziesięciolecia czy często nawet stulecie (w związku z tym przypomina mi się zagadka, którą zadał mi kiedyś P. ,jadąc autem zadajemy sobie zagadki/pytania dotyczące różnych dziedzin: "co najczęściej niszczy domy w USA?", odpowiedź jest prosta: korniki - myślał, że mnie zagnie, pffi; pewnie rozwinę ten problem szczegółowiej przy tej okazji o której wspominałam na początku, ale naprawdę czasem sama sobie zadaje inne pytanie: jakim cudem te budynki nadal stoją?!).

Zapewne duży wpływ na moją wyobraźnie mają po prostu amerykańskie produkcje filmowe w których tłem/miejscem akcji zwykle są amerykańskie ulice i budynki waśnie, siłą kojarzenia podsuwają mi charakterystyczne obrazy. Nie zmienia to jednak faktu, że wiele budynków mieszkalnych Wschodniego Wybrzeża i ich architektura (New York City to oczywiście nieco inna para kaloszy) mają ten wyjątkowy klimat. Wywołanie atmosfery "strachu" na Halloween to pestka, a z drugiej strony magiczna bożonarodzeniowa aura wydaje się w wielu przypadkach wpisywać w krajobraz idealnie (i tu już o wkładzie New York City warto wspomnieć)…

    









Zdjęcia powyżej przedstawiają oczywiście jedną ze "stron" amerykańskiego budownictwa/architektury. Inne ulice mają nieco inny klimat, bardziej sielski, bardziej nowoczesny (ale nie w stylu do którego przywykliśmy w PL), gdzie wyobraźnia niekoniecznie skłania się ku atmosferze grozy, ale za to Boże Narodzenie nadal "pasuje jak ulał". 

Pozdrawiam 

sobota, 5 grudnia 2015

O "SPECTRE"






Minęło już trochę czasu od premiery "Spectre", miałam napisać tego posta znacznie wcześniej, ale nie wyszło…

Nie powiem żebym oczekiwała z napięciem na każdą kolejną odsłonę serii o Jamesie Bondzie, ale te filmy to zjawisko wyjątkowe w skali światowego kina i i choćby z tego powodu warto je znać. Poza tym konwencja szpiegowska i niezniszczalny 007 to mix niezwykle filmowy. Ian Fleming stworzył bezsprzecznie najsłynniejszego szpiega w historii. Większość odsłon przygód Agenta Jej Królewskiej Mości to co najmniej dobre filmy, jeśli nie bardzo dobre. Twórcy i producenci dokładają starań by do kin wchodziły obrazy o wysokiej jakości i te starania zwykle przynoszą oczekiwany skutek. Mogłabym długo pisać o poszczególnych "Bondach" i charakterystyce serii, ale za 15 minut chciałabym zabrać się za obiad, a to temat na znacznie dłuższy czas, więc pozostaje mi skupić się na tym ostatnim.


W "Spectre" James Bond dociera do sedna intrygi, która to zakrojona na olbrzymią skalę miała swoje przedstawicielstwa w trzech poprzednich filmach, a może powinnam napisać: macki… Należy, więc wyciągnąć wniosek, iż "Spectre" jest swoistą klamrą spinającą mini serię w obrębie większej. Bez wchodzenia w szczegóły mogące stanowić spoiler (o ile ktoś jeszcze nie widział tego filmu bo przy taaakiej kampanii promocyjnej to prawie niemożliwe!), napiszę tylko, że fabuła mogła być lepsza. Nie "dużo" lepsza, bo nie ma takiej potrzeby, ale "nieco". W jakim aspekcie? Utrzymując enigmatyczną narracje, napiszę: tajemnica mogłaby być bardziej tajemnicza (tajna, legendarna organizacja jeszcze z czasów "Diamenty są wieczne" winna wrócić z większym przytupem). A może przesadzam?
Tak czy inaczej Sam Mendes, reżyser "Spectre" (i wcześniejszego "Skayfall") może być zadowolony ze swojej pracy. Zaryzykował odwracając nastrój swojej raptem "bondowskiej" dwójki, ale z rezultatem godnym laureata Oscara. Uff.
Bond jest taki jakim lubię go najbardziej: cyniczny, kompetentny i dowcipny…I choć uwielbiam "Skyfall" to wolę oglądać Jamesa w formie jaką prezentuje w "Spectre". Co prawda nie używa tylu gadżetów co Bond-Brosnan i nie jest tak niezniszczalny, ale przynajmniej samochodu żaden z poprzedników by się nie powstydził, a i w walce nie pozostaje w tyle ani na moment. Garnitur leży  w dalszym ciągu doskonale, a nabyte przed 9 laty na potrzeby "Casino Royale" 8 kg mięśni wydaje się być nadal na swoim miejscu, nadal sprężyste. Przy czym o ile wiek Bonda pozostaje bliżej nieokreślony to wiek Creiga jest pewny i wynosi 47 lat. W "Spectre" mogłabym się przyczepiać do słabej interakcji z ekranową partnerkom, ale nie będę.
Rozumiem ideę zmiany charakteru serii zapoczątkowaną wraz z "Casino Royale", nadającą ciężkości i realizmu, ale powrót (bo tak to odbieram) do większej dawki nonszalancji i uśmiech do części powstałych w latach 90, moim zdaniem, dobrze zrobił poważnemu do tej pory Bondowi Daniela Craiga. Jemu samemu dając możliwość, w pewnym sensie, zagrać nowego 007 i sprawdzić się w innej narracji.  Nie porzucając jeszcze jego wątku: przypominam sobie moment kiedy Daniel Craige został przedstawiony jako nowy odtwórca znanego na całym świecie agenta i jak liczne głosy sprzeciwu były z tym związane, o naleganiach fanów by decyzja została cofnięta nie wspominając… Tymczasem wystarczyły pierwsze minuty "Casino Royale" by zdać sobie sprawę z obsadowego strzału w dziesiątkę i teraz kiedy rozdział "Bond" na koncie Craiga został zamknięty… w eterze rozbrzmiewa żal.
Pozostali aktorzy:
Monica Bellucci - jej postać wydaje się być "na doczepkę". Rozumiem, że mocne nazwisko w temacie pod tytułem "kobiety Bonda" się przydaje, ale ten konkretny epizod specjalnie nic nie wnosił, a i sama Bellucci jakoś nie powalała swoją legendarną kobiecą charyzmą. Nie było to całkowicie pozbawione sensu, ale gdyby trochę nad tym popracować, jeszcze na etapie scenariusza - byłoby pewnie ciekawiej.
Naomie Harris - lubię jej Moneypenny.
Ralph Fiennes. Jestem fanką postaci M i moją ulubioną odtwórczynią pozostaje ulubiona Judi Dench (jest mistrzynią chwilówek na ekranie, nie bez kozery ma na koncie Oscara za 4 minutową rolę!), ale Fiennes ze swoją "brytyjskością" i talentem zupełnie mi nie przeszkadza. Choć trudno mi w tej chwili myśleć o nim w roli M - ostatnio obejrzeliśmy z P. "Listę Schindlera" i teraz znowu na chwilę Ralph Fiennes ma twarz wiadomo kogo ( a jak nie wiadomo to: człowieku! zobacz "Listę Schindlera"!)
Ben Whishaw - uroczy Q. Jeszcze bardziej uroczy niż w Skyfall, z jeszcze bardziej rozbudowaną rolą. I dobrze bo to świetny aktor.
Christoph Waltz - przepadam za nim od czasu "Bękartów", niestety tym razem mnie trochę rozczarował. Zagrał poprawnie, ale jakby bez pomysłu i to niekoniecznie własnego, chodzi mi raczej o poprowadzenie reżyserskie. A może z sympatii szukam usprawiedliwienia, a prawda jest taka, że role "tego złego" tak częste w jego karierze odgrywane są już z jakąś manierą i bez entuzjazmu?
Lea Seydoux- starała się, naprawdę się starała i chciałabym napisać, że sprawę położył tylko zupełny brak chemii między nią, a ekranowym partnerem, ale podczas seansu uparcie powracała do mnie myśl, że ktoś inny zagrałby to lepiej.


W kwestii efektów specjalnych napiszę tylko: kunszt i efektowność. I te słowa pasują również do określenia scenografii. James Bond całkiem sporo podróżował i to w piękne miejsca, które zestawiały sobą nowoczesność i staroświeckość, w idealnych dla mnie proporcjach.

I wreszcie docieram do oprawy muzycznej. Thomas Newman - decyzja o podjęciu współpracy z tym kompozytorem była słuszna, muzyka była adekwatna i stanowiła ciekawe tło. Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o wyborze autora/wykonawcy głównego utworu promującego film. Sam Smith, a raczej jego "Writing on the Wall" kompletnie nie przypadło mi do gustu. Moim zdaniem ma się nijak do porywającego "Skyfall" w wykonaniu Adele. Oboje z P. stwierdziliśmy jednak, że podczas czołówki (ta nazwa nie należy do moich ulubionych, ale chwilowo nie przychodzi mi do głowy inna) "Writing on the Wall" nie przeszkadzała. Nie przeszkadzała świetnej sekwencji obrazów, z jakich słyną już czołówki (ciągle sobie nie przypomniałam) filmów o 007.

Podsumowując: oby kolejne odsłony utrzymały poziom "Spectre" tak jak "Spectre" utrzymało poziom swoich poprzedników. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, ale życzę powodzenia decydującym o wyborze "nowego Bonda", a "nowemu Bondowi" współczuję presji z jaką bez wątpienia będzie musiał się zmierzyć po świetnym Bondzie-Craigu, że nie wspomnę o innych.

POZDRAWIAM  






czwartek, 3 grudnia 2015

THANKSGIVING DAY

Tegoroczne święto Dziękczynienia jest trzecim na moim emigracyjnym koncie. Kolejny raz tradycji stało się zadość i kulminacyjnym punktem dnia był świąteczny obiad z pieczonym indykiem, a jak! Jeśli chodzi o tradycyjne menu, to na naszym stole, pieczonemu przez 7 godzin indykowi, towarzyszyły  "cranberry sauce" i "mashed potateos" ("pumpkin pie" nie wchodzi w grę bo nie przepadam za smakiem dyni). Indyk był przepyszny, z ekologicznej hodowli. Jedynym problemem okazał się brak specjalnego "miernika temperatury"umieszczanego w indykach, który kiedy indyk jest gotowy i w całości upieczony po prostu "wyskakuje". Rozpoczęło się więc gorączkowe poszukiwanie termometru kuchennego, które zakończone w końcu sukcesem pozwoliło nam zasiadać do stołu.     Inne, kolejne potrawy pochodzą z gamy ulubionych i uznawanych za świąteczne, ale niekoniecznie z kuchni amerykańskiej  - w moim przypadku nie mogło zabraknąć sałatki jarzynowej, której ilości, w moim wykonaniu, znowu nie powstydziłaby się matka pięciorga dorastających synów (sama nie wiem jak to się dzieje, ale kroje, kroje i nagle orientuje się, że potrzebna jest druga miska). Nie wiem czy to częste zjawisko, ale ja w takie świąteczne dni do świątecznego stołu zasiadam zawsze wściekle głodna. W ferworze przygotowań dosłownie zapominam o jedzeniu i nie ważne, że większość moich poczynań rozgrywa się w kuchni… 

Bardzo szanuję amerykańską kulturę i historię za Thanksgiving Day. To święto w moim odczuciu,  swoim przesłaniem łączy ludzi różnych religii, różnych poglądów i różnych narodowości - wspaniała odmiana w obliczu cywilizacyjnego talentu do różnienia się w najdrobniejszych kwestiach. Tego dnia w gronie najbliższych, bądź nieco szerszym, dziękuje się za całe dobro i wszelkie obfitości w naszym życiu. Prawda, że bardzo pozytywnie?:) 
Myślę sobie, że to też trochę obrazuje amerykańską mentalność, na tle której polska skłonność do narzekania wypada niestety kiepsko. Amerykanie mają to do siebie, że potrafią być wdzięczni, cieszyć się z tego co mają (oczywiście generalizuje strasznie), z kolei nam Polakom trochę tego brakuje - niestety wolimy w pierwszej kolejności wyliczyć wszystko to czego jeszcze nie mamy. 

Historia Thanksgiving Day, jeśli wierzyć przekazom, rozpoczęła się 1620 roku wraz z pojawieniem się pielgrzymów z Anglii. Zdziesiątkowani przez głód i choroby wywołane ostrą zimą, rok później już po pierwszych obfitych zbiorach i z nowymi umiejętnościami, czując olbrzymią wdzięczność za tak bardzo oczekiwaną odmianę losu, postanawiają urządzić wspaniałą ucztę. Bardzo istotnym w tej historii pozostaje fakt, iż w Nowym Świecie przybyszom pomagają rdzenni mieszkańcy czyli Indianie, którzy dzielą się swoją wiedzą na temat uprawy kukurydzy oraz prowadzenia skutecznych polowań na zwierzynę. Pielgrzymi natomiast doceniając to wsparcie, pomni wielu problemów z którymi na początku musieli się borykać, zapraszają Indian do wspólnego stołu, na trzydniową ucztę. Razem obchodzą pierwsze Święto Dziękczynienia. Później niestety różnie to bywało z wzajemnymi relacjami Indian i kolonizatorów Nowego Świata, ale ta jedna z wcześniejszych, historia o wzajemnej pomocy, szacunku i wdzięczności za to co się otrzymało jest naprawdę piękna. 
Historia Święta Dziękczynienia zawiera oczywiście znacznie więcej szczegółów, nazw i związków przyczynowo-skutkowych - jest dla lubiących historię bardzo ciekawa i polecam zapoznanie się z nią. Mam jednak nadzieję, że w tych kilku zdaniach powyżej, zdołałam przedstawić jej istotę. 



Wiem, zdjęcie winno przedstawiać indyka przed podjęciem konsumpcji , ale jak już wspomniałam wcześniej , byłam baaardzo głodna (właściwie wszyscy byliśmy) i o aparacie przypomniałam sobie kiedy z indyka już niewiele zostało…

piątek, 6 listopada 2015

O HALLOWEEN PO HALLOWEEN

Dopiero co "straszyły" pierwsze sztuczne wiedźmy, a tu już po Halloween i w sklepach dominują wielkie napisy "sale" umożliwiające zaopatrzenie się po kosztach w znacznie przecenione plastikowe dynie, maski, kostiumy, liczne podobizny straszydeł i inne "ozdoby" na przyszłoroczne obchody (i specjalnie pakowane słodycze, przydatne ciągle). 
 Nie będę tu negowała zasadności istnienia tego święta w amerykańskim kalendarzu czy krytykowała za mieliznę komercyjności w jakiej osiadło. Z przekonania nie lubię przypinać wszystkiemu łatki "komercyjne" i zgodnie z poprawnością "polityczną" kwestionować. Nie chce też odnosić się do genezy powstania i związanej z tym nieprzychylności religijnej. Wolę patrzeć przez pryzmat pozytywów wprowadzających zabawę i kreatywność - tak to się wszystko ukształtowało, tak potoczyło i w naszej teraźniejszości (szeroko pojętej) funkcjonuje Halloween. Nie warto zatem tracić energii na mało konstruktywne krytykowanie, lepiej poszukać w tym czegoś dla siebie, "uszlachetniać" lub po prostu zignorować. 
Czy ktoś pamięta "Roseanne" czyli serialową rodzinę Conner? Ten sitcom to niemal definicja typowej amerykańskiej rodziny (lat 80 i 90) z typowymi zwyczajami i problemami, a Halloween było "u nich" obchodzone z uwzględnieniem wszystkich symboli i elementów, wliczając spektakularne "halloween pranks". Dla mnie - jedno z pierwszych źródeł wiedzy na temat Halloween właśnie.      

Osobiście nie mam jednak wątpliwości, że zdecydowanie brakuje mi w tych dniach atmosfery Wszystkich Świętych obchodzonych w Polsce. Duchowy wymiar tego święta, jego zaduma i towarzysząca często refleksja są dla mnie daleko bardziej wartościowe. Zgodnie jednak z tym co stwierdziliśmy ostatnio w gronie amerykańsko-polsko-meksykańskim teraz mieszkam w Stanach, tutaj  o odwiedzaniu grobów i zapalaniu zniczy nawet nie słyszeli, za to panują inne zwyczaje i dobrze jest to zaakceptować (nie mylić z koniecznością uczestnictwa wbrew woli - każdy ma prawo wyboru oczywiście). Meksykańska część moich rozmówców czyli pochodzący z Meksyku Rogelio z niejakim poruszeniem przyznał, że po wielu latach emigracji, po tym jak wiele możliwości dzięki temu otrzymał  z całym przekonaniem uważa, iż jego powinnością i wyrazem wdzięczności jest zrozumienie dla zastanej tu tradycji i szacunek dla niej. Łatwo również wnioskować, że na fali emigracyjnych pozytywnych wrażeń naturalnym jest stopniowe przyjmowanie zwyczajów otoczenia, o których wprowadzeniu do swojego życia Rogelio mówił również. Z drugiej strony amerykanie nikogo do niczego nie zmuszają, są przyzwyczajeni do multikulturowości swojego kraju od początku jego istnienia i w takich warunkach osiągnęli swój emigracyjny sukces.   
Wracając jeszcze do mojego prywatnego odniesienia: podobnie jak kolega z Meksyku będę starała się/staram się nie zapominać o własnych korzeniach kulturowych i religijnych, w miarę możliwości wprowadzać je w przestrzeń mojej rodziny, ale bez narzucania i niewłaściwych oczekiwań, a jeśli kiedyś moje dziecko będzie się chciało przebrać i wybrać do sąsiadów z plastikową dynią na słodycze to pójdziemy. 





piątek, 30 października 2015

O JESIENI


Tak sobie myślę, że wcześniej nie doceniałam należycie jesieni…Kojarzyła mi się głównie z chandrą po zakończeniu lata i opadami nieprzyjemnego deszczu. Przebarwione liście nie tyle zachwycały swoim nowym kolorytem co na skutek wszechobecnej wilgoci powodowały obawy przed nieciekawą wywrotką na chodniku. 
Tymczasem co roku intensywniej odczuwam zachwyt nad piękną złotą jesienią, niestety nie w Polsce, ale tej w wersji amerykańskiej też nic nie brakuje. 
Ciągle jeszcze niepoddające się słońce grzeje na spacerach, a otoczenie w postaci prawdziwej ferii barw momentami zapiera dech. Nowojorskie zalesienie i pofalowanie terenu niewątpliwie sprzyja wyjątkowości krajobrazu, a w przypadku zdjęć poniżej -  mojemu ulubionemu widokowi na Mid-Hudson Bridge dodaje nieopisanego uroku.
Nie odmawiam sobie co prawda umiejętności dostrzegania czy raczej powinnam napisać - wrażliwości na piękno natury, ale mój zachwyt nie przekłada się specjalnie na kwadranse czy chociaż minuty kontemplacji. Jednakże czytam właśnie książkę, której akcja dzieje się w czasach upadku kolonializmu w XVIIIw., na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych (w Karolinie Północnej), dlatego też częściej tej jesieni zdarza mi się patrzeć na okolicę oczyma wyobraźni, wczuwając w tamte minione, burzliwe lata i przede wszystkim z podziwem dla piękna jesieni… 









wtorek, 13 października 2015

O POLITYCE

Mamy tu kilka polskich programów telewizyjnych, w tym TVN24. Niestety od dłuższego czasu, zwłaszcza w okresie przedwyborczym (który trwa formalnie/nieformalnie już od wielu miesięcy), włączenie tego kanału kończy się dla mnie szeregiem mało pozytywnych odczuć. W programach informacyjnych, aż roi się od kolejnych wypowiedzi polityków, od kłótni, od obietnic i fałszywej troski. Tylko dziś słyszałam fragment jakiegoś dziwnego wystąpienia o pasożytach, które jakoby staną się problemem Polaków po przyjęciu uchodźców. Coś niesamowitego, wykalkulowano, że postraszenie może przynieść efekt wyborczy i proszę, formułowane są argumenty i przykłady, tak jak wtedy kiedy podawano jako fakt występowanie na terenie Szwecji regionów z obowiązującym prawem szariatu.
Czasami słyszy się pytanie czy politycy mają swoich współobywateli za mało inteligentnych…Sama się nad tym zastanawiałam kilka razy, ale niestety wydaje mi się, że sprawa jest wynikiem nie tyle zwykłego lekceważenia, a świadomym dziełem wyrachowania. Politycy zdają sobie sprawę z żenującej i nieprawdziwej treści swoich wystąpień, komentarzy czy działań, ale zaopatrzeni w badania socjologiczne, w doradców PR, statystyki i mało szlachetną determinacje nie boją się ich wypowiadać, pod nimi podpisywać. Celują w wybraną grupę społeczną, co wydaje mi się najsmutniejsze bo zdaje sobie sprawę z tego, że te wszystkie wywody przez które mnie dopada oburzenie mają swoich odbiorców, wręcz fanów. 
Nie jestem zaangażowanym obserwatorem polskiej polityki, nie jestem również zwolennikiem czy wyborcą konkretnej partii politycznej. Nie da się, z mojego punktu widzenia. Pozostaje zaufać własnemu zdrowemu rozsądkowi i mimo wszystko dążyć do wypracowania jak najwartościowszej kultury politycznej (w przypadku Polski można mówić raczej o pojawieniu się) w rozumieniu jej jako wzorów postaw i zachowań w relacjach obywateli i władzy. Jak? Chociażby głosując i popierając inicjatywy tych, którzy wnoszą coś pozytywnego - przecież nie można generalizować i pesymistycznie zakładać, że w polskiej polityce brakuje ludzi z prawdziwą misją. 
Donald Tramp też nie przebiera w słowach i polityka amerykańska ma swoje za uszami, ale mimo wszystko funkcjonują tu jakieś tradycje polityczne, istnieje kultura polityczna i…poczucie humoru.

środa, 7 października 2015

O FILMIE "THE MARTIAN"

Wczoraj spontanicznie wybraliśmy się do kina, a kontrowersyjnie przyznam, że nie lubię spontanicznych wypadów do kina. W moim przypadku to się zbyt często kończy wypowiadanym na głos lub nie (zależnie od tego czy film wybrałam ja czy P.): "mogliśmy iść na coś innego". Zdecydowanie wolę czekać na premierę, oglądać udostępniane wcześniej trailery czyli wybierać się do kina nastawiona na konkretny film. Na szczęście właśnie wczoraj zdarzył się wyjątek od tej reguły i spontaniczny wieczór w kinie, na seansie "The Martian" zapisuje w pamięci jako bardzo udany.

Filmy sci-fi nie należą do moich ulubieńców, ale czasem trudno im odmówić ciekawej fabuły, nowatorskich rozwiązań i po prostu pomysłu ("The Matrix" - przykład, którego nie trzeba nikomu przedstawiać). W przypadku "The Martian" mamy do czynienia z adaptacją książki - chyba niekoniecznie bardzo wierną, ale przemysł filmowy rządzi się swoimi prawami, a ten amerykański to już w ogóle.

Na Marsie w niedalekiej przyszłości trwa misja badawcza, którą niespodziewanie przerywa potężna burza pisakowa (jedyny element fikcyjny jeśli chodzi o warunki panujące na czerwonej planecie, dodany na potrzeby fabuły - no, z jakiegoś powodu musieli odlecieć). Opuszczony przez towarzyszy przekonanych o jego śmierci, astronauta Mark Watney staje w obliczu walki o przeżycie przy czym wszystko co pokazuje Bear Grylls to nic. Sam, na obcej planecie, na której nic nie rośnie, z perspektywą czteroletniego oczekiwania na kolejną kosmiczną ekspedycje - sytuacja nie do pozazdroszczenia. A jednak bohater się nie załamuje, zakasa rękawy, a w prowadzonym wideo-pamiętniku raczy soczystymi dowcipami. Na ziemi tymczasem toczy się inna walka bo gdy w końcu NASA zorientowała się, że Watney ma się całkiem nieźle, rozgorzały spory i dylematy z dziedzin od politycznych, PR-owych do szeroko pojętych technicznych i naukowych - jak to na ziemi. Miejscem akcji, choć o wiele spokojniejszej, staje się również statek kosmiczny z załogą misji na Marsa pod dowództwem nękanej wyrzutami sumienia pani komandor, który jest w kilkumiesięcznej trasie powrotnej. Czy to nie brzmi ciekawie? Cóż, nas skłoniło do kupienia biletów.

Ridley Scott, reżyser wielkich filmów ("Thelma and Louise", "Alien", "Helikopter w ogniu" i choć go nie znoszę to odmówić wielkości nie mogę - "Gladiator") w moim odczuciu po gorszej serii tytułów, których nawet nie chce mi się wymienić, odżył zawodowo reżyserując blockbustera, który wreszcie wszystko ma na swoim miejscu.

Obsada (przynajmniej ta część na, którą zwróciłam większą uwagę):
Nie to, że nie uważam Matta Damona za utalentowanego aktora, wręcz przeciwnie, jest co najmniej kilka filmów w jego karierze, które lubię ("The Talented Mr. Ripley) czy lubię bardzo (taki np. "Good will hunting"), ale odczuwam jakąś irracjonalną (przyznaję) niechęć do serii o panu Bourne, co od jakiegoś czasu skutkuje u mnie nie oglądaniem Damona w innych filmach nad czym ubolewam, od wczoraj jeszcze bardziej.
Jeff Daniels - ostatnim razem widziałam go w "Dumb and Dumber To", ale nie miałam żadnych wątpliwości, że rola szorstkiego szefa NASA to dla niego bułka z masłem.
Chiwetel Ejiofor - całkiem prężnie działający aktor z dobrymi rezultatami. Lubię go w rolach szlachetnych naukowców.    
Sean Bean - czy jest zimnym draniem, czy popełniającym błędy, surowym dowódcą o szlachetnym sercu czy poczciwym, starającym się sprowadzić astronautów do domu pracownikiem NASA - zawsze jest dobry w tym co gra.
Pozostała część obsady filmu "The Martian"również się sprawdziła i zdecydowanie działa na plus obrazu.

Słuchanie na Marsie starego, dobrego disco w wykonaniu np. zespołu ABBA? Dlaczego nie.

Polskim akcentem filmu, o sporym znaczeniu, jest Dariusz Wolski. Operator robiący karierę w Hollywood. Mamy szczęście do cenionych i utalentowanych operatorów filmowych, a Dariusz Wolski jest tego najlepszym przykładem. Bardzo podobają mi się zdjęcia jego autorstwa do wielu filmów, jego styl i wyczucie. Możemy być dumni z jego obecności w tym największym filmowym światku.

"THE MARTIAN" to typowy komercyjny film, z typowym amerykańskim humorem, typowym hollywoodzkim napięciem i typowym hollywoodzkim szczęśliwym zakończeniem, ale wszystko to jest  w najlepszej jakości - duży budżet zapewnił rozmach, humorystyczne momenty śmieszą, napięcie trzyma, a zakończenie (nie tylko) wzrusza. I ja to kupuje z całym inwentarzem bo on sprawia, że się "The Martian" po prostu dobrze ogląda, a 2 godziny i 20 minut mijają szybko i na dobrej zabawie. Dodatkowo temat "na czasie", kolonizacja Marsa coraz bardziej rozpala wyobraźnie prawie całego świata (Hollywood trzyma rękę na pulsie) i przekaz filmu: zamiast się poddawać, próbuj rozwiązywać swoje problemy, krok po kroku nawet jeśli się potykasz to zawsze idziesz do przodu, z wszystkim można sobie jakoś poradzić. Nic tylko polecać!

Pozdrawiam
SK

czwartek, 1 października 2015

O KINDLE


Żałuję, że nie zaopatrzyłam się w czytnik wcześniej. Myślałam o tym już parę lat temu, ale stwierdziłam, że wolę nabyć książkę, móc ją przeczytać przewracając papierowe strony, a później odstawić na regał. Tradycyjną, papierową formę książki nadal darzę wielką estymą, ale e-booki podbiły tę pragmatyczną część mnie.  

Po pierwsze: zakup e-booka trwa chwilę. Wybraną książkę mogę kupić nie ruszając się z własnej kanapy (to, że moja kanapa znajduje się w USA też ma swój wpływ), oczywiście jak wszystko w dzisiejszych czasach, ale mam ją na swoim KINDLE po kilku minutach, a to już raczej nie charakteryzuje zakupów internetowych. Istnieje małe "jeśli" bo dane wydawnictwo musi zostać zaproponowane w formie e-booka , ale z tym jest coraz mniejszy problem i większość książek można już nabyć w formie cyfrowej (nie przepadam za tym słowem, ale takie czasy). 

Po drugie: CZYTNIK. Jest mały, lekki i wcisnę go do każdej torebki. Nie męczy wzroku, sprawia wrażenie jakbym miała przed sobą zapisaną kartkę papieru. Radzi sobie z wieczornym syndromem "możesz już zgasić światło?", a przynajmniej te wersje z podświetleniem ekranu. Wszędzie mogę zabrać ze sobą kilka książek i czytać to na co mam ochotę. Podobno "na czytniku czyta się szybciej", ale w tej kwestii nie mam jeszcze wyrobionej opinii, mimo kilku miesięcy użytkowania.       

Mój wybór padł na KINDLE PAPERWHITE 7th GENERATION i od pierwszej chwili stał się moim ulubionym gadżetem. 


Pozdrawiam. 
SK

wtorek, 22 września 2015

O VANDERBILT MANSION




Jakiś czas temu, po raz kolejny już, wybraliśmy się z P. do dawnej siedziby rodziny Vanderbilt. Uwielbiam takie miejsca bo odnoszę wrażenie jakby przenosiły mnie w czasie… Historia zdaje się wyzierać zza drzewa, czai się w każdym koncie, unosi się w powietrzu (czasem w formie stęchlizny, czy zapachu starego drewna, ale w takich przypadkach i to nastraja mnie nostalgicznie).


Pisałam już o Vanderbilt Mansion przy innej okazji, ale dziś będzie bardziej wnikliwie.
Frederick W. i Louise Vanderbilt kupują posiadłość w Hyde Park pod koniec XIXw., dokładnie w roku 1895. Stają się wówczas właścicielami 600-hektarowej (2,4 km2) nieruchomości, na wschodnim brzegu rzeki Hudson, w doskonałej lokalizacji między miastami New York i Albany. Do podjęcia decyzji o zakupie przekonywały zapewne: wspaniałe krajobrazy, rozległe trawniki, ogród, szlak o długości 3 mil położony wokół posiadłości i wzdłuż rzeki (mógł służyć do przejażdżek nowymi automobilami bo zdaje się wówczas zaczynały karierę na drogach pierwsze samochody). 
W 1896 rozpoczyna się budowa domu wg projektu pochodzącego z prestiżowej wówczas pracowni architektonicznej McKim, Mead & White. Musimy pamiętać, że rodzina Vanderbilt, w czasach dla siebie współczesnych, to elita, najbogatsi ludzie w USA. Dlatego zgodnie z pozycją i tendencjami tak zwanego Wieku Pozłacanego (określenie okresu w historii Stanów Zjednoczonych) wszystko na co decydują się przedstawiciele rodu musi być kosztowne, często specjalnie sprowadzane, ekskluzywne i robiące wrażenie. Co prawda wielkość nowej, wiejskiej rezydencji nie jest aż tak imponująca, ale nawet w najmniejszym stopniu nie będzie to wyrazem oszczędności, a raczej swego rodzaju ekscentryzmu. Oczywiście jest sprawą względną czy określimy Vanderbilt Mansion mianem rezydencji imponujących rozmiarów, ale ten przypadek najciekawiej jest rozpatrywać w kategorii porównania z innymi posiadłościami słynnej amerykańskiej rodziny. Niemniej w 1899, kiedy budowa i proces urządzania dobiegają końca, Państwo Vanderbilt mają do dyspozycji ponad 50-pokojowy pałac w stylu klasycznym. Wnętrza wyposażono z przepychem sprowadzanymi z Europy antykami, reprodukcjami królewskich dzieł sztuki, ręcznie rzeźbionymi i malowanymi sufitami w stylu weneckim itd. 
O tym jakie kosztowności można spotkać we wnętrzach może więcej powiedzą liczby…Rzeczywisty koszt rezydencji bez wyposażenia i oprawy to $660.000, natomiast łączny koszt całości wraz z ulepszeniami to już $2.250.000 i mówię tu o czasach, kiedy mężczyzna pracował cały dzień za dolara !  

Pierwsze ciekawe spojrzenia przyciąga bogato zdobiona fasada z kolumnami w porządku, o ile sobie dobrze przypominam, korynckim. 
Kolumny spotykamy na wszystkich czterech stronach budynku. 
Na terenie Vanderbilt Mansion National Historic Site co jakiś czas trwają prace renowacyjne. Jak już kiedyś wspominałam, Amerykanie dbają o swoje zabytki historyczne. 


Po przekroczeniu progu drzwi wejściowych i przedsionka wkraczamy do ogromnej sali z gigantycznym kominkiem. Z tego dużego pomieszczenia możemy udać się do poszczególnych komnat dookoła.




 Gabinety. Pierwszy, bardziej okazały, służył panu domu, drugi przypuszczalnie jego małżonce. Oba charakteryzują się sporym zaciemnieniem, nawet przy współcześnie zainstalowanej elektryce. Można sobie wyobrazić jak duży jest kontrast między skalą oświetlenia dzisiejszych domów, a tych sprzed wielu, wielu lat. W XIX w. trwały prace nad wynalezieniem żarówki i ulepszaniem wynalazku, kiedy więc Frederic Vanderbilt budował swoją nową rezydencję, ciągle jeszcze miał na uwadze zakup odpowiednich lamp naftowych i zapasu świec - płomień był kontrolowany, ale to nie zmienia faktu, że polegano na żywym ogniu. Chyba każdy choć raz doświadczył tzw. przerwy w dostawie energii elektrycznej, zapalenie świec przy takiej okazji bywa nawet całkiem miłe, ale wyobraźmy sobie, że to nasza codzienność…   

Łazienka na pierwszym poziomie. Obowiązkowy marmur. 


Sala jadalna. Ze względu na wyjątkowe eksponaty i charakter miejsca oczywistym pozostaje fakt, iż zwiedzający nie mogą poruszać się z większą swobodą po wszystkich pomieszczeniach pałacu, a i wyłączenie lamp w aparatach to niekwestionowany wymóg regulaminu zwiedzania. 

 

Schody i ich oprawa mnie urzekły. 

W centralnym punkcie domu zamontowano ogromne przeszklenie dachowe (o ile tak to się fachowo nazywa). W obliczu braku instalacji elektrycznej, przeszklenie stanowiło ważne źródło światła, a zastosowane w prywatnym domu dawało wyraz pozycji właściciela i nakładu finansowego jakim musiał dysponować żeby pozwolić sobie na podobne unowocześnienia, dotąd zarezerwowane głównie dla architektury dużych gmachów użyteczności publicznej, np. dworców kolejowych.   





Przewodnik. Skupienie i zaciekawienie malujące się na twarzach słuchaczy oddaje kunszt jego pracy. Bardzo doceniam profesjonalizm i widoczną pasje w tym zawodzie. Chyba nie trzeba nikogo przekonywać o wadze sposobu przekazywania informacji. Te podane w sposób ciekawy zostają z nami na dłużej bądź na zawsze, a te w formie zbliżonej do bełkotu, cóż, w większości mogą nie być rejestrowane. Najlepiej pamięta się to ze szkoły (czy ja jestem złośliwa? nieeeee).
Wiem, że takie same żarty słyszą wszystkie grupy zwiedzających bo to zawód w którym trudno uniknąć pewnej rutyny, ale nasz przewodnik najwyraźniej potrafi zachować świeżość i z nową energią podchodzi do wszystkich nowych uczestników wycieczki po Vanderbilt Mansion. Interakcja z turystami na najwyższym poziomie. 


Wspaniałe, bogate wyposażenie odzwierciedlające status właścicieli. 

Rzeźba umieszczona na półpiętrze schodów.



Jedna z sypialni, przeznaczona raczej dla członków rodziny. Goście często mieszkali również w innych budynkach na terenie posiadłości, oczywiście odpowiednio przygotowanych. 
Wspominałam już o tym, że pałac uznawano za mały, siedziba służyła do spędzania w niej okresu wiosny i jesieni. Młodsi członkowie rodziny (siostrzeńcy Państwa Vanderbilt; para nie miała własnych dzieci) dosłownie nazywali pałac małym domkiem wujka Fredericka. Trudno pomyśleć o domu liczącym 50,000 sq ft w kategoriach małego czy niewielkiego, ale jednak kiedy porównamy sobie siedzibę w Hyde Parku do tych wybudowanych przez innych członków rodziny, zdziwienie mija. W rankingu największych domów (choć trudno te budynki tak nazywać) w USA do tej pory zwycięża Biltmore Estate w Karolinie Północnej ze swoimi 250 pokojami - wybudowany z polecenia Georga Washingtona Vanderbilt, młodszego brata Fredericka. 








Sypialnie właścicieli. Pierwsza należała do Pani domu, natchnieniem była sypialnia królowej w Wersalu, druga odwzorowana z sypialni królewskiej w Madrycie, służyła Panu domu. Oddzielne sypialnie małżonków w tamtych czasach nikogo nie dziwiły. Umiejscowione w bliskim sąsiedztwie w centralnym punkcie pierwszego piętra stanowią dla wielu największą atrakcję rezydencji. Dla mnie osobiście nie, ale oczywiście bogactwo ich wystroju zrobiło na mnie wrażenie.   



Kolejny pokój do dyspozycji, najpewniej Pani domu. Mam słabość do tych wszystkich sekretarzyków. 

Przedsionek prowadzący do głównych sypialni. Na kanapie mógł sobie przysiąść np. ktoś wezwany do prywatnych pokoi któregoś z właścicieli. 

Przepiękna toaletka w kolejnej sypialni. 





Sypialnie. To co nadawało niepowtarzalny klimat tamtym minionym czasom to moim zdaniem kominki. Jedyne źródło ciepła więc musiały się znajdować we wszystkich strategicznych punktach domu czyli wtedy - wszędzie! 



Łazienka. Nie wiem czego się spodziewałam bo nie drewnianej balii, ale mimo wszystko zdziwiła mnie ta nowoczesność. Podobne spłuczki działały w niejednym mieszkaniu wcale nie tak dawno temu. W przeciwieństwie do marmuru, który wykorzystany został w całym domu i którego nie  mogło nie być i w kolejnej łazience.  

Zabytkowy gobelin. 


A to już schody dla służby. Odpowiednio mniej ozdobne i dyskretne.  



Cały najniższy poziom domu, chyba można go nazwać piwnicą, był do dyspozycji służby, pracowników rezydencji. W swoim czasie w całej posiadłości pracowało około 70 ludzi, momentami nawet 90. Cóż, żeby zapewnić wygodę Państwu i ich gościom bez takich wynalazków jak choćby centralne ogrzewanie i  elektryczność potrzebnych było wiele rąk do pracy.     


Winda do transportu posiłków i innych potrzebnych rzeczy, które można było w niej zmieścić. 



Łatwo jest sobie wyobrazić krzątających się tu pracowników. W tym punkcie domu część służby miała swoje sypialnie.  



Domowa lodówka - chłodnia.

Pracownicy rezydencji raczej dbali o zachowanie swoich posad i nie piszę tego dlatego, że do dyspozycji mieli bujany fotel przy kominku. Najwyraźniej Frederick Vanderbilt nie podzielał upodobań swojego dziadka Commodore (uważanego powszechnie za skąpca) bo służbie zatrudnionej w posiadłości rodziny Vanderbilt płacono $1.25 - $1,50 za dzień pracy, co w porównaniu z typowymi wynagrodzeniami w innych, okolicznych posiadłościach gdzie pracownicy mogli liczyć na około $0.50  - $0.75 za dzień, było podejrzewam wystarczającym argumentem na rzecz przykładania się do swoich obowiązków. 
  


Kuchnia, która przed laty tętniła życiem, w której gotowano potrawy dla przedstawicieli jednej z najbardziej znanych rodzin w Stanach, a do której dziś zwiedzający zaglądają przechylając się nad muzealnymi barierkami, wydaje się być nienaturalnie cicha. 



Poniżej zdjęcia z jednego z kilku innych budynków stojących na terenie posiadłości.  Kiedyś mogli się w nim zatrzymać goście Państwa Vanderbilt, dziś turyści robią tu zakupy w sklepie z pamiątkami (świetnym sklepie, szkoda że nie zrobiłam zdjęć) i właśnie tu płacą $10 dolarów za możliwość wejścia z przewodnikiem do głównej rezydencji. 



Muszę na chwilę pochylić się nad osobą Fredericka Vanderbilta. Nie pamiętam już kto, ale ktoś podsumował losy majątku słynnej rodziny zdaniem: "Pierwsza generacja rodziny Vanderbilt (Cornelius Vanderbilt) stworzyła majątek, druga generacja (William Vanderbilt) go podwoiła, a trzecia generacja (Frederick i jego rodzeństwo) go wydała". W odniesieniu do samego Fredericka to stwierdzenie wydaje mi się jednak niesprawiedliwe. Znając kilka faktów z jego życia nie odbieram tej postaci jako nastawionego na pieniądz, bezwzględnego w biznesie bogacza (co wymienia się jako przywary jego ojca i dziadka), ani też za szastającego pieniędzmi, rozpieszczonego marnotrawce.   
Jako jedyny z rodzeństwa podjął naukę na uniwersytecie ( na słynnym Yale, który często mógł liczyć na Jego doraźne wsparcie finansowe) co przy opinii jego dziadka na temat nauki w szkołach (cytat z Commodore: "Gdybym pobierał naukę w szkole to nie miałbym czasu żeby nauczyć się czegokolwiek innego") i odmiennej praktyki reszty rodziny było nawet dość ekstrawaganckie. Był zdolnym biznesmenem, dyrektorem  New York Central Railroad. Inwestował w stal, tytoń, górnictwo, bankowość, olej, rządowe papiery wartościowe i oczywiście, zgodnie ze swoistą rodzinną tradycją, w kolej.
Prowadził bogatą działalność charytatywną i filantropijną. Jak informują historyczne przekazy, nie lubił publicznie chwalić się dokonaniami w zakresie swoich inicjatyw dobroczynnych, co świadczy o skromności. Skromności w skali, która mogła zaistnieć wespół z noszonym nazwiskiem i pozycją. Z jednej strony mamy luksusowe rezydencje, przepych i wystawne życie przysługujące i niejako narzucone członkom rodziny Vanderbilt, a z drugiej strony mamy człowieka, który wbrew praktyce swojej klasy czyli powszechnie aranżowanym dla zysku i koneksji małżeństwom, wiąże się z miłości ze starszą o 12 lat kuzynką, płaci służbie wyższe niż obowiązujące stawki i nie trąbi na prawo i lewo o milionach przeznaczonych na Uniwersytety, na Armię Zbawienia i Czerwony Krzyż, że nie wspomnę o zbudowaniu "najskromniejszej" rodzinnej posiadłość!      

Jeszcze słówko o tym jak to się stało, że posiadłość trafiła pod dyspozycje instytucji państwowej. 
W 1938 odziedziczyła ją Margaret "Daisy" Van Alen, jednakże siostrzenica Louise i Fredericka nie miała pomysłu na wplecenie rezydencji w swoje intensywne życie, które wiodła głównie w Newport, a utrzymanie, nawet uznanego za najmniejszy dom z katalogu tych należących do rodziny Vanderbilt i tak kosztowało krocie. Najrozsądniejszym wyjściem z sytuacji była sprzedaż majątku w Hyde Park, ale jak tu sprzedać kiedy kupców na tyle majętnych, żeby sobie pozwolić na podobny zakup było stosunkowo niewielu, a dookoła obserwowano pokłosie Wielkiego Kryzysu. Na szczęście z pomocą pospieszył "sąsiad". Sąsiedzka rada cenną jest, a już w ogóle rada od "sąsiada", który sprawuje stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych (o tym, że rodowa siedziba F.D. Roosvelta również znajduje się w Hyde Park już pisałam przy innej okazji). Roosvelt zasugerował przekazanie za symboliczną opłatą posiadłości do National Park Service, a dziedziczka do tejże sugestii się przychyliła.  I tak w 1940 roku większa część posiadłości wraz z głównym budynkiem i znajdującym się w nim oryginalnym wyposażeniem stała się własnością Parku Narodowego i do dziś cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem turystów (około 350,000 rok rocznie).  

Na teren rozległego parku wjeżdżamy bez uiszczania żadnych opłat i do woli np. w formie piknikowej możemy korzystań z bogactw krajobrazu i natury. 



Pozdrawiam