Od kilku dni dochodziły do nas ostrzeżenia meteorologiczne, wystąpienie burmistrza New York City Billa de Blasio i gubernatora stanu Now York Andrew Cuomo były poważne, ale jakoś tak oboje z P. nie ulegliśmy powszechnej ekscytacji zbliżającą się niby "śnieżycą stulecia".
Wg aplikacji pogodowej na telefonie (aktualnie główne źródło czerpania informacji w tym zakresie, nasze ubrać albo nie ubrać się cieplej), u nas miało się zacząć w ciągu dnia w godzinach około południowych, prognoza była 100%…, ale się nie zaczęło… i tak ten początek opadów śniegu ciągle się przesuwał, aż w prognozach pojawiła się godzina 12 a.m. i ostatecznie rozpadało się właśnie dopiero w okolicach północy. Już te "opóźnienia" kazały przypuszczać, że i tym razem, cała sprawa z historycznie dużą śnieżycą była zapowiadana na wyrost. Z niezwykle żywiołowych relacji telewizyjnych dowiedzieliśmy się o zakazie wyjazdu na drogi, potwierdziliśmy to sobie na oficjalnych stronach naszego county (hrabstwa) i uprzedziliśmy rodziców P. żeby rano wstrzymali się z wyjazdem do pracy. Kiedy obudziłam się następnego dnia czekało już kilka wiadomości z Polski z pytaniem o to jak sobie radzimy w obliczu "śnieżycy stulecia", spodziewałam się tego widząc równie złowieszcze zapowiedzi uderzenia zimy w stan NY w polskiej telewizji. Zanim odpowiedziałam na maile, rzetelnie wyjrzałam przez okno… i nie zobaczyłam niczego ponad to czego się spodziewałam: śniegu było zaledwie do kostek (może trochę więcej, jakby nie było wyjrzałam tylko przez okno) i popadywało, nic wielkiego. Już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że amerykanie (przynajmniej ta część mieszkająca na wschodnim wybrzeżu bo jak tu się przyczepić np do mieszkańców części Ameryki zwanej "aleją tornad") lubią "trochę" przesadzać z zapowiedziami pogodowymi. Zeszłoroczna zima też była przedstawiana, zwłaszcza w relacjach telewizyjnych, jako bardzo sroga, a śmiem sądzić, że przy analogicznej sytuacji w Polsce wszyscy musieliby ganiać do pracy czy szkoły i nikomu by przez myśl nie przeszło robić z tego jakiegoś wielkiego problemu. Z drugiej strony jednak czy to źle, że obywatele amerykańscy zamiast rano odśnieżać samochody w celu udania się do pracy mogą zostać w domu? Czy to źle, że przesada w zamykaniu dróg publicznych skutkuje pełnym ich odśnieżeniem i uprzątnięciem (nie, nie tu drogowców zima nie zaskakuje)? Właśnie, żartuje sobie z amerykańskiego przewrażliwienia i przesady pogodowej, bo "my w Polsce nie panikujemy jak trochę śniegu spadnie" (przynajmniej nie wszyscy), ale tak właściwie kto na czym lepiej wychodzi???? :)
Wg aplikacji pogodowej na telefonie (aktualnie główne źródło czerpania informacji w tym zakresie, nasze ubrać albo nie ubrać się cieplej), u nas miało się zacząć w ciągu dnia w godzinach około południowych, prognoza była 100%…, ale się nie zaczęło… i tak ten początek opadów śniegu ciągle się przesuwał, aż w prognozach pojawiła się godzina 12 a.m. i ostatecznie rozpadało się właśnie dopiero w okolicach północy. Już te "opóźnienia" kazały przypuszczać, że i tym razem, cała sprawa z historycznie dużą śnieżycą była zapowiadana na wyrost. Z niezwykle żywiołowych relacji telewizyjnych dowiedzieliśmy się o zakazie wyjazdu na drogi, potwierdziliśmy to sobie na oficjalnych stronach naszego county (hrabstwa) i uprzedziliśmy rodziców P. żeby rano wstrzymali się z wyjazdem do pracy. Kiedy obudziłam się następnego dnia czekało już kilka wiadomości z Polski z pytaniem o to jak sobie radzimy w obliczu "śnieżycy stulecia", spodziewałam się tego widząc równie złowieszcze zapowiedzi uderzenia zimy w stan NY w polskiej telewizji. Zanim odpowiedziałam na maile, rzetelnie wyjrzałam przez okno… i nie zobaczyłam niczego ponad to czego się spodziewałam: śniegu było zaledwie do kostek (może trochę więcej, jakby nie było wyjrzałam tylko przez okno) i popadywało, nic wielkiego. Już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że amerykanie (przynajmniej ta część mieszkająca na wschodnim wybrzeżu bo jak tu się przyczepić np do mieszkańców części Ameryki zwanej "aleją tornad") lubią "trochę" przesadzać z zapowiedziami pogodowymi. Zeszłoroczna zima też była przedstawiana, zwłaszcza w relacjach telewizyjnych, jako bardzo sroga, a śmiem sądzić, że przy analogicznej sytuacji w Polsce wszyscy musieliby ganiać do pracy czy szkoły i nikomu by przez myśl nie przeszło robić z tego jakiegoś wielkiego problemu. Z drugiej strony jednak czy to źle, że obywatele amerykańscy zamiast rano odśnieżać samochody w celu udania się do pracy mogą zostać w domu? Czy to źle, że przesada w zamykaniu dróg publicznych skutkuje pełnym ich odśnieżeniem i uprzątnięciem (nie, nie tu drogowców zima nie zaskakuje)? Właśnie, żartuje sobie z amerykańskiego przewrażliwienia i przesady pogodowej, bo "my w Polsce nie panikujemy jak trochę śniegu spadnie" (przynajmniej nie wszyscy), ale tak właściwie kto na czym lepiej wychodzi???? :)
*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz