piątek, 30 stycznia 2015

"ŚNIEŻYCA STULECIA" W STANIE NEW YORK

Pierwszy raz od 110 lat zamknięto metro w NYC, zakazano wyjeżdżania na drogi publiczne, zamknięto szkoły, ludzie nie poszli do pracy, wcześniej zaopatrywali się w strategiczne ilości jedzenia*, programy informacyjne ścigały się w ostrzeżeniach i co? I CO? I NIC. Prognozy meteorologiczne się nie sprawdziły, spadło połowę mniej śniegu niż się spodziewano.

Od kilku dni dochodziły do nas ostrzeżenia meteorologiczne, wystąpienie burmistrza New York City Billa de Blasio i gubernatora stanu Now York Andrew Cuomo były poważne, ale jakoś tak oboje z P. nie ulegliśmy powszechnej ekscytacji zbliżającą się niby "śnieżycą stulecia".

Wg aplikacji pogodowej na telefonie (aktualnie główne źródło czerpania informacji w tym zakresie, nasze ubrać albo nie ubrać się cieplej), u nas miało się zacząć w ciągu dnia w godzinach około południowych, prognoza była 100%…, ale się nie zaczęło… i tak ten początek opadów śniegu ciągle się przesuwał, aż w prognozach pojawiła się godzina 12 a.m. i ostatecznie rozpadało się właśnie dopiero w okolicach północy. Już te "opóźnienia" kazały przypuszczać, że i tym razem, cała sprawa z historycznie dużą śnieżycą była zapowiadana na wyrost. Z niezwykle żywiołowych relacji telewizyjnych  dowiedzieliśmy się o zakazie wyjazdu na drogi, potwierdziliśmy to sobie na oficjalnych stronach naszego county (hrabstwa) i uprzedziliśmy rodziców P. żeby rano wstrzymali się z wyjazdem do pracy. Kiedy  obudziłam się następnego dnia czekało już kilka wiadomości z Polski z pytaniem o to jak sobie radzimy w obliczu "śnieżycy stulecia", spodziewałam się tego widząc równie złowieszcze zapowiedzi uderzenia zimy w stan NY w polskiej telewizji. Zanim odpowiedziałam na maile, rzetelnie wyjrzałam przez okno… i nie zobaczyłam niczego ponad to czego się spodziewałam: śniegu było zaledwie do kostek (może trochę więcej, jakby nie było wyjrzałam tylko przez okno) i popadywało, nic wielkiego. Już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że amerykanie (przynajmniej ta część mieszkająca na wschodnim wybrzeżu bo jak tu się przyczepić np do mieszkańców części Ameryki zwanej "aleją tornad") lubią "trochę" przesadzać z zapowiedziami pogodowymi. Zeszłoroczna zima też była przedstawiana, zwłaszcza w relacjach telewizyjnych, jako bardzo sroga, a śmiem sądzić, że przy analogicznej sytuacji w Polsce wszyscy musieliby ganiać do pracy czy szkoły i nikomu by przez myśl nie przeszło robić z tego jakiegoś wielkiego problemu. Z drugiej strony jednak czy to źle, że obywatele amerykańscy zamiast rano odśnieżać samochody w celu udania się do pracy mogą zostać w domu? Czy to źle, że przesada w zamykaniu dróg publicznych skutkuje pełnym ich odśnieżeniem i uprzątnięciem (nie, nie tu drogowców zima nie zaskakuje)? Właśnie, żartuje sobie z amerykańskiego przewrażliwienia i przesady pogodowej, bo "my w Polsce nie panikujemy jak trochę śniegu spadnie" (przynajmniej nie wszyscy), ale tak właściwie kto na czym lepiej wychodzi???? :)     




*






wtorek, 27 stycznia 2015

LISTY

Pisanie tradycyjnych listów już dawno przeszło do lamusa. Wiadomości wysyłane w kopertach zostały wyparte przez elektroniczne formy, w przypadku których koperta stanowi jedynie symbol, a nie niezbędny do wysłania listu element, podobnie jak znaczki. Bardzo doceniam maile i sms-y, często korzystam z tych udogodnień cywilizacyjnych, trudno mi sobie wyobrazić funkcjonowanie bez nich, zwłaszcza teraz na mojej emigracji czy w pracy… ale to uczucie, kiedy w skrzynce znajdujemy coś więcej niż tylko rachunki i ulotki jest niepowtarzalne… Uwielbiam wyjmować ze skrzynki kopertę w której znajduje się napisany do mnie list:) a co ważniejsze od zawsze uwielbiam listy pisać i wysyłać:) Mam stałe grono osób do których adresuje swoje przelewane na papier myśli i opisy zdarzeń w których uczestniczyłam, zawsze bardzo się cieszę kiedy mogę to grono powiększyć. Muszę się jednak przyznać do tego, że mam okropny, zupełnie nie "listowny" charakter pisma. Już dawno pogodziłam się z tym, że moje listy nie będą zapisane pięknym, pochylonym, bogatym w wyszukane zawijasy pismem, ani po prostu ładnym, więc staram się żeby były choć czytelne…:) Polecam każdemu od czasu do czasu użyć długopisu nie do wypełniania rubryk w dokumentach, a do własnoręcznego odświeżenia pięknej sztuki  pisania listów…:)

Pozdrawiam

sobota, 24 stycznia 2015

"INTO THE WOODS"

Bardzo niedawno będąc "na mieście" spontanicznie wybraliśmy się do kina. Mając do dyspozycji wszystkie aktualnie wyświetlane filmy wybór padł na "Into the Woods" (w polskiej wersji to chyba "Tajemnice lasu"). Niestety nie był to wybór przemyślany, wiedziałam tylko tyle, że jedną z ról gra Meryl Streep i jest to film fantasy, więc kiedy przy kasie spojrzałam na tablicę z tytułami i godzinami seansów stwierdziłam, że to wystarczy. Wchodziliśmy na salę nieco spóźnieni, film już od kilku minut trwał (ciekawostka: w Stanach na bilecie do kina nie mamy podanego konkretnego miejsca, siadamy gdzie fotel jest po prostu wolny), w związku z tym już przekraczając próg zorientowałam się, iż do określenia gatunku tego filmu nie wystarczy słowo "fantasy", konieczne jest jeszcze słowo "musical". Biedny P. nie przepada ani za jednym, ani za drugim. Nie widziałam wszystkich, ale o ile sobie przypominam, do tej pory z przyjemnością obejrzałam tylko dwa filmy muzyczne: "Grease" i "Mamma Mia". "Into the Woods" nie będzie trzecim niestety.
Obsada:
Obecność Meryl Streep była jednym z niewielu powodów dla których zostałam w fotelu do końca. Johnny Depp - krótki barwny epizod, może gdyby był dłuższy… Emily Blunt wywiera pozytywne wrażenie. I to wszystko. Pozostała część obsady, postaci była dla mnie raczej obojętna.
Fabuła:
Może pomysł połączenia różnych baśniowych wątków był dobry, ale potwierdziło się tylko, że sam pomysł nie wystarczy. W moim odbiorze twórcy nie dopracowali swojej koncepcji. Skróty fabularne, które może miały pełnić rolę nagłych zwrotów akcji, powodowały dezorientacje i nasuwały pytanie: "o co tu chodzi?". Niektóre rozwiązania były wręcz infantylne czego, moim zdaniem, przyczyną była chęć zmieszczenia całej wymyślonej fabuły w 124 minutach trwania filmu. Rozumiem koncepcje "pokażmy kontrast - szczęśliwe zakończenie jak w bajce, a potem jakby to było gdyby baśniowych bohaterów dosięgła jednak smutna rzeczywistość" ale to tym razem po prostu się nie udało. Czegoś zabrakło i w efekcie zaburzone zostały proporcje filmu. W pierwszej połowie, tej zmierzającej do "i wszystko dobrze się skończyło" była jakaś doza poczucia humoru, jakaś kolejność i sens zdarzeń. Natomiast druga połowa, "co by było gdyby książę okazał się zwykłym rozpieszczonym kobieciarzem", nagle emanuje smutkiem i dziwnymi zwrotami akcji. Bardzo lubię kiedy tradycyjne historie modyfikowane są z nowym pomysłem i w przypadku "Into the Woods" jest kilka elementów naprawdę godnych uwagi, ale moim zdaniem zabrakło wykończenia i przemyślenia całości.
I wreszcie muzyka. Oczywiście nie można się przyczepić do wykonań, nierzadko naprawdę trudnych utworów, wszyscy śpiewający aktorzy zasługują na uznanie. Jednakże taki typ muzyki, piosenek i częstotliwość z jaką się pojawiają trzeba lubić by z zadowoleniem obejrzeć podobny film.
Kostiumy nie zachwyciły mnie szczególnie mocno - duży plus jedynie za czarownice (graną przez Meryl Streep) przed i po przemianie i wilka, natomiast scenografia miała swoje mocne strony w postaci miasteczka, tytułowego lasu, ale i słabsze - domek babci czerwonego kapturka czy przedstawienie, jak by to nie brzmiało, wnętrza brzucha wilka.



Pozdrawiam

piątek, 23 stycznia 2015

KSIĄŻKI + CIEKAWOSTKA

Byłam dziś w GOODWILL. Już tłumaczę co to jest. Otóż jest to sklep typu "second hand". W wydaniu amerykańskim jednak sprawa przedstawia się znacznie ciekawiej niż to co znamy w Polsce.
Amerykanie nieco inaczej podchodzą do kwestii zakupów…Dlatego w GOODWILL znajdziemy rzeczy nowe, używane czy też - trudno powiedzieć. Jest to sieć naprawdę dużych sklepów. W asortymencie jest …wszystko. Ubrania, sprzęty domowe, obrazy, meble, książki, filmy, ozdoby, elektronika, narzędzia, wszystko to co człowiek może kupić, a potem oddać do GOODWILL, gdzie przyjmą każda rzecz (od osób prywatnych, firm czy innych sklepów). Jeśli powiem, że kupujemy tam za ceny okazyjne, to to mało powiedziane.
Bardzo lubię od czasu do czasu pobuszować w naszym regionalnym GOODWILL, może nie jestem jakimś wielkim znawcą (są prawdziwi amatorzy takich zakupów, którzy wychodzą ze świetnymi rzeczami co najmniej raz na tydzień, nawet potrafią dodatkowo zarabiać na tym), ale kilka razy udało mi się trafić w dziesiątkę. Np.:
- za około 20$ (tutaj jakbym wydała 20zł) mam nowy odkurzacz z funkcją mycia parą np. drewnianych podłóg, regularna cena: od 60$ do ponad 100$
- za 12$ kupiłam nowy LeapPad2 (tablet dla dzieci), cena regularna: około 100$
- za około 2$, trylogia Władca Pierścieni, wersja reżyserska, cena regularna: mogę tylko szacować, ale z pewnością dużo więcej niż 2$
i inne.
Niestety P., delikatnie mówiąc, nie jest entuzjastą tego sklepu, ale rozumie i cieszy się kiedy ja się ciesze jak znajdę coś fajnego . Odkryłam GOODWILL dzięki mamie P., która mnie tam pierwszy raz zabrała. Sądzę, że tego typu zakupy są bardziej domeną kobiet jednak.
Dziś przywiozłam książki.
                                     Kucharska, ze świetnymi przepisami na dania z kurczaka.


 Coś co mi się bardzo przyda ze względu na szczegółowe opisy części garderoby (są też zdjęcia i  rysunki) w języku angielskim. Zdarzało mi się szukać w sklepie internetowym czy stacjonarnym np. bluzki z dekoltem w łódkę i teraz jak to się fachowo określa tutaj bo nie "in a boat neckline":D
Książka, wydaje się, zawiera też inne przydatne porady dotyczące garderoby.

 
 Przymierzam się do podjęcia próby przeczytania książki w języku angielskim, ze słownikiem w reku oczywiście, ale jednak. Może detektyw Monk będzie dobrym wyborem, taka lekka pozycja na początek:) Za serialem przepadam.


 Nie interesuje się specjalnie Pierwszą Parą Ameryki, ale myślę, że nie da się ukryć jaki sukces osiągnęli. Mam szacunek i mały sentyment bo może kiedyś powiem, że wyemigrowałam do Stanów za prezydentury Baraca Obamy:D Lubie biografie, więc zdecydowałam się kupić.

Dodam jeszcze, że każda wyżej przedstawiona książka kosztowała jedyne 1,99$.



 No, ledwo się oparłam tej kreacji :D Te koronki, te kolory, te guziki i wreszcie ten krój (nie widać na zdjęciu, ale spódnica była długa do kostek). Szałowa po prostu:D
A poważnie to zdarza się, że kiedy np. jakiś starszy Amerykanin zrobi gruntowne porządki w domu to potem w GOODWILL mamy okazję poznać bliżej charakterystykę amerykańskiej mody lat 70 czy 80:) To taka ciekawostka.

Pozdrawiam:)



środa, 21 stycznia 2015

WTC

Chciałabym dziś napisać o miejscu w którym ja i P. byliśmy około pół roku temu. Chodzi mianowicie o muzeum pamięci ofiar zamachów na World Trade Center. Od początku. Wybraliśmy się krótko po otwarciu i nie zdziwiła nas ogromna liczba chętnych do zwiedzania.
W strefie zero został założony park, a w nim dokładnie w kwadratach gdzie stały wieże powstały dwie fontanny(?) , nie wiem jak inaczej nazwać te budowle. Mają dwa poziomy - z większego woda spływa do mniejszego dając wrażenie otchłani, przynajmniej ja sobie to w ten sposób skojarzyłam. Na obramowaniach z kamiennych płyt wypisane są imiona i nazwiska ofiar zamachów.



W niezbyt dużej odległości stoi przeszklony pawilon będący wejściem do muzeum. W tym miejscu ponownie muszę napisać o ilości zwiedzających. Na miejsce przyjechaliśmy w okolicach godziny 12, i na początek ustawiliśmy się w kolejce po bilety, długiej…bardzo długiej kolejce….Same bilety były dość drogie jak na amerykańskie muzea, ale bez przesady. O ile pamiętam kosztowały 24$. Myśleliśmy, że skoro tak wyczekaliśmy się w tej kolejce to w końcu zgarniemy nasze bilety i wchodzimy zwiedzać, trochę dezorientowała nas jednak kolejka obok… w zbliżonych rozmiarach.  Niestety im bliżej byliśmy kas tym szybciej orientowaliśmy się, że i ona nas nie ominie (nie chcę marudzić, ale w bonusie mieliśmy panujący upał). Otóż przy zakupie biletów potwierdziło się, że nasze wejście (czyt. ustawienie się w drugiej kolejce) przewidywane jest dopiero na 3pm. Czyli wygląda to tak: ustawiamy się w drugiej kolejce, a jej zmniejszanie jest wprost proporcjonalne do ilości osób opuszczających muzeum, do zobaczenia dużo więc rotacja jest wolna….
W końcu jednak nasza cierpliwość została nagrodzona i  zmęczeni, ale wciąż z dużą dozą podekscytowania mogliśmy oddać się zwiedzaniu tego wyjątkowego obiektu.
Po wejściu do pawilonu trzeba się udać na ruchome schody, które zabierają nas do podziemi byłych wież WTC. Nie pamiętam po której stronie schodów, ale zaraz przy nich znajduje się fragment oryginalnej klatki schodowej, którą ewakuowali się ludzie. Tylko w jednej części zachowana bez zniszczeń…Dalej nasz spokój wystawiany jest na coraz większe próby… Fragmenty wież, ich konstrukcji, fragmenty samolotów, zniszczony wóz strażacki, fragment masztu telewizyjnego z północnej wieży… Buty, portfele z kartami kredytowymi, telefony,  części garderoby, pęki kluczy, zegarki, list napisany przez człowieka uwięzionego na wyższych piętrach znaleziony na chodniku, kaski poległych strażaków itd. - wszystko wyciągnięte z gruzów, ciągle pokryte pyłem…Odtwarzane są nagrania dramatycznych rozmów telefonicznych ofiar ataku, historyczne audycje radiowe z poranka 11 września, filmy pokazujące moment ataków, nagrania świadków, nagrania wspomnień osób, które przeżyły itd… Jest część wystawy przeznaczona zamachowcom. Między innymi filmy z przejścia przez kontrolę na lotnisku i makieta samolotu z zaznaczonymi miejscami w których siedzieli itd… W końcu sala, w której na ścianach wiszą zdjęcia ofiar, a w tle odtwarzane są wspomnienia ich rodzin z tamtego dnia…
Nie we wszystkich salach muzealnym można robić zdjęcia, jest to oczywiste ze względu na prywatny charakter wystawy.
Podczas zwiedzania panuje cisza, tak wiem, że cisza to domena zwiedzania większości muzeów, ale mam wrażenie, że w National September 11 Memorial & Museum ta cisza nie jest wynikiem jakiś konwencjonalnych zachowań tylko przychodzi do zwiedzającego i zapiera mu dech w piersiach bo co powiedzieć kiedy oglądamy świadectwo jednego z największych, jak nie największego  zamachu terrorystycznego w historii?
Z tego co zapamiętaliśmy w muzeum panował specyficzny zapach, nie bardzo nachalny, ale jednak  wyczuwalny. Trudno było nam stwierdzić co za to odpowiadało - pył z czasów budowy muzeum czy jeszcze ze zburzonych wież.
I to dojmujące poczucie dramatu, ogromnej tragedii. Czuliśmy taki specyficzny lęk, który nie pozwalał zostawać w muzeum zbyt długo. Wyjeżdżając z podziemi oboje doszliśmy do wniosku, że nasza wizyta tam była jednorazowa. Nie jest tajemnicą, że powstanie obiektu w tej właśnie formie spotkało się z dużym niezadowoleniem części społeczeństwa z rodzinami ofiar zamachu na czele. Muszę przyznać, że ten tak bardzo prywatny i intymny charakter części zgromadzonych rzeczy powodował w człowieku refleksję czy tak powinno być, czy to nie dodaje tylko bólu osobom, które straciły tam kogoś dla siebie ważnego…
W samochodzie w drodze powrotnej pod wpływem świeżo nabytych wrażeń toczyła się rozmowa w której oboje wspominaliśmy tamten dzień. Moje wspomnienia opierały się tylko na oglądaniu transmisji telewizyjnej, ale P. jako amerykański obywatel, mieszkaniec stanu NY i to w bliskiej odległości od NYC pamiętał nagłe zamilknięcie radia w samochodzie, nerwy, alarm ostrzegawczy przed atakiem terrorystów, niedowierzanie, że to może być prawdą…Mama P. wspomina, że tego dnia w pracy kiedy podano informację o zamachu, kilku ludzi przeżywało chwilę grozy z powodu pracy w WTC ich bliskich, przyjaciół…W naszym mieście przed kościołem katolickim stoi tablica upamiętniająca kilkunastu poległych mieszkańców.  W dwa tygodnie po ataku P. przejeżdżał przez New Jersey, jechał tuż przy rzece, więc widział ciągle dymiące się miejsce po WTC…  




P.S.Kiedy stawało się na tych ruchomych schodach miało się wrażenie wjeżdżania do grobowca i jak się całkiem niedawno dowiedziałam, w pewnym sensie tak jest…w jednej z zamkniętych sal podziemnego muzeum umieszczono szczątki niezidentyfikowanych ofiar zamachu…nie pozostaje mi nic innego jak spuścić kurtynę milczenia…
P.S. Przepraszam za jakość zdjęć, nie były robione z myślą o blogu.





 

środa, 14 stycznia 2015

CZY TO JEST JESZCZE W JĘZYKU ANGIELSKIM CZY JUŻ W POLSKIM ?

Będąc dziś w okolicy postanowiliśmy wstąpić do jednego z polskich sklepów w stanie New Jersey. Bardzo lubimy te wizyty między półkami z polskimi specjałami choć z innych powodów lubię je ja, a z innych mój narzeczony. Dla mnie to okazja do kupienia produktów, które dobrze znam, za których smakiem tęsknie, dla P. to często możliwość spróbowania tego co ja zachwalam lub do kupienia czegoś co mu zasmakowało, kiedy pierwszy raz kupił to w polskim sklepie w Stanach właśnie, nie w Polsce niestety. Jak można się domyślić "polish deli" otwierane jest w miejscach gdzie w większych skupiskach mieszkają Polacy (niestety jeśli My chcemy zrobić małe zapasy musimy przeznaczyć około 1,5 godziny jazdy w jedną stronę). Niektórzy amerykanie również kupują i cenią sobie dobre jakościowo polskie produkty, ale nie oszukujmy się, Polonia stanowi głównego klienta.
Właśnie podczas takich zakupów, ale nie tylko, mimowolnie można być świadkiem funkcjonowania neologizmów z rodzaju zapożyczeń, w tym przypadku oczywiście z języka angielskiego. Zapamiętałam kilka przykładów:
-"czy może mi to pani poslajsować"  od angielskiego slice czyli pokroić/ kawałek
-"textowanie" o wysyłaniu wiadomości SMS, od texting czyli pisanie wiadomości
-"nie baderuj jej"  od angielskiego bother czyli niepokoić/ zanudzać/ przeszkadzać
- "szopingujesz" od angielskiego shopping czyli zakupy
Ja jeszcze nie tworze własnych neologizmów i wolałabym ich nie tworzyć, ale trudno się powstrzymać i nie wplatać w zdania angielskich słówek, kiedy tak często się ich używa. W efekcie czego mówimy np.: "Musimy kupić jeszcze countertop" zamiast "Musimy kupić jeszcze blat" lub "Czy ta lodówka jest counter depth?" zamiast "Czy ta lodówka jest na głębokość blatu?". Zauważyłam też taką swoistą naprzemienność w używaniu języka polskiego i angielskiego, przez emigrantów z Polski w rozmowach ze sobą (w tym mnie i moich bliskich tutaj w Stanach). Rozmawia się normalnie po polsku i nagle jedno zdanie, albo jego część pada już po angielsku. Jakby język angielski był takim dodatkowym podkreśleniem znaczenia wypowiadanego zdania lub wplata się go bo na co dzień danego sformułowania używa się właśnie w tym języku. Ciężko to wyjaśnić. Czasem słysząc jak ktoś mieszkający czy przebywający przez jakiś czas za granicą, wprowadza do swoich wypowiedzi dużo angielskich słówek, można pomyśleć "ale się chwali, specjalnie żeby wszyscy wiedzieli gdzie był/a" i pewnie czasem tak jest :D, ale w wielu przypadkach dzieje się tak nie do końca świadomie, mimowolnie po prostu. Stwierdzam to na bazie własnego doświadczenia i obserwacji. Jednakże eksperci językoznawcy z całą pewnością mają na ten temat więcej do powiedzenia:)

Pozdrawiam

niedziela, 11 stycznia 2015

ULUBIONA SCENA FILMOWA

Mam kilka ulubionych scen filmowych, kto ich nie ma. Mogłabym je oglądać dziesiątki razy, ciągle mnie bawią czy wzruszają i oglądam czasami, dzięki internetowi, a konkretnie przydaje się do tego oczywiście You Tube. Dziś postanowiłam napisać o jednej takiej scenie, która niezmiennie mnie bawi:) Nic spektakularnego, nic nafaszerowanego efektami specjalnymi, ot zwykła scena grana przez dwóch aktorów, ale za to jakich…Od początku jednak. Chyba w 2003 powstała brytyjska komedia romantyczna, opowiadająca o miłosnych uniesieniach dziesiątki bohaterów granych przez czołowych, brytyjskich głównie, aktorów. Muszę wspomnieć: Emma Thompson, Colin Firth, Hugh Grant. Moim zdaniem to świetny film i doskonale się sprawdza w funkcji kina rozrywkowego. Z tego co pamiętam, osiągnął sukces kasowy całkiem spory. Teraz do rzeczy. Moja ulubiona scena nie jest akurat jedną z tych romantycznych, wręcz przeciwnie, powiedziałabym nie ma z tym nic wspólnego. Rozgrywa się między Harrym (Alan Rickman - aktor brytyjski, jeden z ulubionych), a sprzedawcą Rufusem (Rowan Atkinson - znowu Brytyjczyk i znowu jeden z ulubionych, niezapomniany Mr. Bean). Harry chce kupić naszyjnik, niestety nie żonie, na wspólnych z żoną zakupach przedświątecznych. Oczywiście tak, żeby się nie wydało, korzystając z odpowiedniej chwili. Niestety trafia na Rufusa, dla którego pośpiech niezbędny Harrmu, to pojęcie względne…

Love Actually (5/10) Movie CLIP - Would You Like It Gift Wrapped? (2003) HD


Pozdrawiam. 

poniedziałek, 5 stycznia 2015

REMONT I URZĄDZANIE MIESZKANIA

Wszyscy mający już jakieś doświadczenie w remontowaniu zgodzą się chyba ze mną, że w tym czasie trzeba uzbroić się w dodatkowe ilości cierpliwości, gotówki i wyobraźni…oj trzeba…Ja i P. już jakiś czas temu rozpoczęliśmy przygotowywanie naszego nowego lokum. Oboje mamy za sobą doświadczenia remontowo-urządzeniowe, z tym, że:
ja - mieszanie w polskim bloku zakupione w stanie surowym od dewelopera (około 50m2)
P. - budowa dużego amerykańskiego domu (bardzo dużo m2)
No, różnice w doświadczeniach spore, ale nasze obecne wspólne wyzwanie remontowe wyśmienicie korzysta z obu punktów widzenia:)
Niestety żeby uniknąć pułapek, musielibyśmy mieć na koncie przynajmniej z 10 różnych remontów.
Konieczna dodatkowa cierpliwość: niby kuchnia ustawna, niby duża, a tu się okazuje, że konieczna będzie lodówka o specjalnych wymiarach (na głębokość blatu), ponieważ zgodnie z nabytym doświadczeniem koniecznie chciałam zachować taką podstawową funkcjonalność kuchni. Owszem mogłam kupić regularną chłodziarkę i ustawić ją gdzieś dalej, ale bieganie do niej za każdym razem kiedy potrzebne mi będzie jajko czy cokolwiek jakoś mi się nie uśmiecha, a że kupiona przez nas lodówka jest lodówką "amerykańską" to i tak jest naprawdę duża.
Co wymaga wzmożonej cierpliwości u europejczyka po przeprowadzce do Stanów? Ano zmiana układu metrycznego SI na te wszystkie INCH, FOOT, POUND itd. W moim przypadku zmiana centymetrów na "inch-e" czyli cale była dość szybka i "bezbolesna". Muszę przyznać, nawet mi to odpowiada w przeciwieństwie do wag…
Konieczna dodatkowa gotówka: to już chyba tak jest, ile by się nie założyło w projekcie, obojętnie czy tym robionym przez siebie czy tym profesjonalnym architekta, ile by się w nim nie dodało finansowego  marginesu, zawsze generalnie wyjdzie więcej. Po prostu nieprzewidziane wydatki są nieuniknione. W naszym przypadku nie zakładaliśmy żadnego budżetu, kupujemy to co jest potrzebne i już, w kilku przypadkach korzystając z amerykańskich możliwości promocyjnych, fajnie zaoszczędziliśmy. Nie zmienia to jednak faktu, iż pojawiają się sprawy, których na początku nie braliśmy pod uwagę (jak na przykład ta nieszczęsna lodówka - za specjalny wymiar trzeba więcej zapłacić).
Konieczna dodatkowa wyobraźnia: oj jak ja się martwię co z tych moich pomysłów aranżacyjnych wyjdzie….Plany w mojej głowie są dość klarowne, tylko żeby przełożenie ich na realne pomieszczenia było zgodne z założeniami i w efekcie równie pasujące do siebie:)

To na tyle i pozdrawiam:)

piątek, 2 stycznia 2015

PUZZLE

Czas około Bożonarodzeniowy kojarzy mi się z układaniem puzzli:) Moja rodzina, zwłaszcza mama i ciocia, chętnie w tym okresie zabierała się za układanie naprawdę trudnych krajobrazów podzielonych na tysiąc i więcej małych kawałków. W czasie kupowania prezentów, myśląc o pewnym młodszym członku rodziny z Polski, kupiłam składające się z 750 części puzzle z motywem bajki "Piękna i Bestia". Tak się jednak złożyło, że w drogę ruszył inny prezent, a puzzle zostały u mnie. Postanowiłam  więc podtrzymać rodzinną tradycję, czego efekt widać na poniższym zdjęciu:) To świetny relaks i rozrywka, choć wymaga pewnego pokładu cierpliwości. 






czwartek, 1 stycznia 2015

O KSIĄŻCE

Nie jestem miłośniczką kryminałów. Zazwyczaj sięgam po nie gdy jestem z jakąś dłuższą wizytą u znajomych, chciałoby się poczytać przed snem, a nie ma akurat niczego ciekawszego do wyboru. Teraz mam inny problem natury technicznej, mianowicie ograniczony dostęp do literatury w języku polskim. Wiadomo, można przeczytać w języku angielskim, ale nie czuje się jeszcze na siłach i obawiam zmniejszonej przyjemności z lektury przy konieczności częstego zaglądania do słownika. Tym razem powód sięgnięcia po kryminał był podobny, ale nie dotyczył półek z książkami w domach znajomych, a półki z książkami do kupienia w polish deli w New Jersey. Po prostu nic ciekawszego dla mnie nie było i kiedy zauważyłam na okładce znane mi nazwisko: Henning Mankell, zdecydowałam się od razu. Od kilku ładnych lat szwedzcy pisarze wiodą prym w dziedzinie pisania kryminałów. Nie zdecydowałam się jeszcze na spotkanie z książkami chyba najsłynniejszego ich reprezentanta Stiega Larssona, ale Henning Mankell miał już kilka okazji do zdobycia mojego uznania. Pierwszy raz miałam przyjemność czytać historię w której głównym bohaterem jest Kurt Wallander, mimo iż autor najbardziej znany jest właśnie z cyklu o policjancie ze szwedzkiego miasta Ystad, ja natrafiałam do tej pory na pozostałe publikacje. W "Białej Lwicy" bo o tej pozycji mowa, droga policjanta z prowincji przecina się z drogami zawodowych zabójców, a knuta intryga opiera się na problemie apartheidu w RPA. Jest morderstwo, jak na szanujący się kryminał przystało, nie jedno, są tajemnice i napięcie związane z ich odkrywaniem, są nieoczekiwane zwroty akcji, no wszystko co powinno być - przynajmniej z mojego punktu widzenia, a przypominam, znawcą nie jestem. Zdążyłam jednak polubić sposób w jaki Mankell przenosi akcję w różne miejsca na globie i dotyka realnie istniejących tam problemów społecznych. Książkę czyta się szybko, chociaż miejscami co bardziej wrażliwym mogą przeszkadzać dość sugestywne opisy brutalności. No, ale takie prawo kryminałów. Jak na szweda przystało, Henning Mankell świetnie oddaje skandynawską atmosferę, ale co ciekawsze i przenosząc się z akcją do afryki południowej czytelnik może poczuć panujący tam  skwar. Być może tajemnica tkwi w tym, iż autor na zmianę mieszka w Szwecji i Mozambiku.
Myślę, że jeszcze kiedyś chętnie potowarzyszę Kurtowi Wallanderowi w rozwikłaniu jakiejś zagadki kryminalnej:)

To na tyle i pozdrawiam:)

O FILMIE

Mam tutaj dostęp do niektórych polskich kanałów. Głównie, jeśli już zdecyduje się na włączenie TV i jeśli już zdecyduje się na oglądanie akurat polskich programów, mam do dyspozycji ITVN (kanał dopasowany jest godzinowo i programowo do potrzeb polaków przebywających w różnych częściach świata), POLSAT 2 i TVN24. I właśnie dziś z braku innego zajęcia, włączając ITVN trafiłam na polską komedię romantyczną ŚNIADANIE DO ŁÓŻKA. Hmm…polskie komedie romantyczne w większości pozostawiają wiele do życzenia, niestety. Osobiście jednak, zawsze jestem nastawiona, a przynajmniej się staram, na odnajdywanie tego co pozytywne. Mało tego bardzo dobrze, moim zdaniem, rozumiem do czego służy film, może inaczej, wiem do czego mnie służy film w danym momencie. Głównie chcę by potrafił mnie rozśmieszyć, wzruszyć, skłonić do refleksji innej niż: "czy oni muszą w każdym zdaniu używać słowa na k. i świecić golizną na prawo i lewo" albo "i to ma być śmieszne?". Z drugiej strony irytuje mnie nieco, kiedy słyszę jak ktoś komentuję film sensacyjny i zwraca uwagę: "ta, jasne, w życiu nikt nie dałby rady tego przeskoczyć, co to za film jest?". No, właśnie to jest film i rządzi się takimi, a nie innymi prawami. W filmie, bohater jak trzeba to przeskoczy i kule się nie imają i zawsze włosy są ułożone. Jakie konsekwencje dla filmu miałby zapis w scenariuszu o braku kilku centymetrów do udanego przeskoku głównego bohatera z budynku na budynek?:D No i co, drogi widzu, zgodnie z realiami nie udało się przeskoczyć, więc napisy końcowe i nara?Koniec filmu? James Bond to w życiu by się nie doczekał tylu odsłon. To by dopiero było. Chociaż można by to zrealizować jako taki filmowy happening:)

Nie będę tu oceniać naszej rodzimego rynku filmowego, nie chce i nie znam się na tyle żeby pozwolić sobie oceniać innych. Powiem tylko tyle, że jako widz doceniam kino z górnej półki, tworzone z pomysłem i niemałym kunsztem, przedstawiające się w takich obrazach jak np. "W ciemności" Agnieszki Holland, czy ostatni świetnie przyjęty - "Bogowie", ale i widzę jakim brakiem pomysłu, brakiem szacunku dla widza, brakiem jakości, cechuje się często rodzime kino komercyjne, czytaj te wszystkie filmy w stylu "Kac ….". No i masz, poniosło mnie, a ja nie o tym chciałam, nie chciałam o negatywach tylko o tych pozytywnych wrażeniach. Wracając, więc do filmu ŚNIADANIE DO ŁÓŻKA, przedstawicielu, jak w mordę strzelił, komercyjnej części polskiego rynku filmowego, przyznam, że obejrzałam i żyję mi się z tym faktem całkiem dobrze. Film lekki, leciusieńki, oklepane rozwiązania fabularne, czasem oglądając chciałoby się żeby to czy tamto było inaczej, ale ogólnie do obejrzenia. Karolak taki jak zawsze, Adamczyk mniej więcej, ale ja ich za to lubię, tacy mnie w filmie bawią i już. Małgorzata Socha też jest w porządku. Cóż, z pewnością ktoś kto chciałby wznieść się do sfery sacrum i zrelaksować przy sztuce wyższej, włączając film ŚNIADANIE… boleśnie chlaśnie tyłkiem o podłogę, ale ktoś kto jak ja dziś, miałby ochotę na jakiś miły i lekki wypełniacz czasu i oderwanie od problemów codzienności, nie powinien przesadnie narzekać.


To na tyle i pozdrawiam:)