poniedziałek, 31 sierpnia 2015

O HAMBURGERACH - SUBIEKTYWNIE

Idąc w Polsce do restauracji serwującej dania kuchni polskiej najczęściej do wyboru mamy: pyszne pierogi w wielu wydaniach, nieśmiertelne kotlety schabowe, przepyszne zupy, z żurkiem na czele, niedoceniane akurat przeze mnie, ale przez wielu tak -golonki, pieczywa i wymieniałabym tak dalej, ale nie jestem masochistką.
Idąc do restauracji serwującej kuchnię amerykańską najczęściej do wyboru mamy: hamburgery, hamburgery i hamburgery. Przyrządzane na wszelkie możliwe sposoby, z różnymi składnikami obok tych tradycyjnych, podawane w towarzystwie, i tu znowu pasuje mi słowo - nieśmiertelnych, ale tym razem - frytek. Nie chcąc być niesprawiedliwą musiałabym dodać do menu jeszcze kilka charakterystycznych dań typu makaron z serem, ale i tak nie zmienia to faktu iż kuchnia amerykańska zdecydowanie przegrywa z kuchnią polską w wielu konkurencjach: smaki, różnorodność, szlachetność potraw…
Nie mam nic przeciwko dobrze przyrządzonemu hamburgerowi, ale jak na mój gust za często ma się tu z nimi do czynienia. Wyskakują z każdej lodówki, jak rodzina Kardashian…
Będąc wychowaną na mnogości propozycji kuchni polskiej brakuje mi podobnego wyboru w zetknięciu z tradycyjną kuchnią tutejszą. Sytuacje ratuje ogromna ilość istniejących na rynku restauracji (w bardzo szerokim zakresie znaczenia tego słowa) proponujących mniej lub bardziej oryginalne w przyrządzaniu, kuchnie świata. Kuchnie azjatyckie, kuchnia meksykańska, włoska, grecka i tak dalej - są dostępne, wydaje się, wszędzie.
Może jestem jednak niesprawiedliwa w mojej ocenie, może jeszcze nauczę się doceniać amerykańskie smaki…nieeeee, to niemożliwe.





środa, 12 sierpnia 2015

O SAMOCHODACH

Mam sentyment do starych amerykańskich filmów, a kojarzą mi się z nimi stare "amerykańskie" samochody. Na przykład takie jak te na zdjęciach poniżej… 






Czy ktoś pamięta filmowy motyw, którego częściami składowymi są: czerwony kabriolet, pan w średnim wieku i kryzys tegoż wieku? Byłam ostatnio naocznym świadkiem tego zjawiska w rzeczywistości. Starszy Pan ze znacznym ubytkiem owłosienia na głowie sunął swoim malutkim, czerwonym kabrioletem właśnie…Cóż, a może to tylko taki wykreowany filmowy wątek i nie należy tego tak interpretować, a Panowie po prostu lubią kabriolety?    



Żeby nie było tylko tak sentymentalnie…Zdjęcie samochodu, którego marka wzbudza melancholię u wielu starszych Amerykanów, a współczesna odsłona zachwyt u wielu młodych Amerykanów…




wtorek, 11 sierpnia 2015

KOT

No i mamy kota. Kot BLIŹNIAK. Imię nie przypadkowe, wśród braci i sióstr nasz milusiński miał swoją wierną kopię, co wyróżniało się na tle zupełnie inaczej wyglądającego rodzeństwa. 

Nie będę oszukiwać, zawsze byłam zwolenniczką psiej obecności w moim domu, ale po przyjeździe tu uwikłałam się w kocią historię i już nie chce się z tego wyplątać. Zresztą kto powiedział, że kot w przyszłości nie dogada się z psem. 









"Ale o co Ci chodzi?"



Wszędzie wejdzie, obserwuje i sprawia nam wiele radości :) 


O TRANSPORCIE MIEJSKIM

Mieszkam na terenach uchodzących za podmiejskie (wokół zdecydowanie mniejszego miasta niż NYC) i pamiętam, że kiedy tu przyjechałam zdziwił mnie słabo rozwinięty transport publiczny. Amerykanie zdecydowanie częściej wybierają samochód. Istnieją jednak zwolennicy (z przekonania i tacy bez czyli z konieczności) poruszania się transportem miejskim. Skupię się na autobusach bo zdarza mi się być ich pasażerem.





Tutejsze autobusy raczej nie przypominają tych znanych z polskich dróg, co wypada, moim zdaniem, zdecydowanie na niekorzyść tutejszych. Autobus na powyższym zdjęciu trudno nazwać nowoczesnym środkiem lokomocji i mówię też o jego wnętrzu. Zastrzegam jednak, iż na flotę transportu miejskiego Hrabstwa Dutchess składają się również zdecydowanie nowocześniejsze jednostki. 

Dwa fakty przemawiają bezapelacyjnie na korzyść amerykańskiego lokalnego transportu autobusowego. Po pierwsze: płacimy $1,75 za każdy przejazd, kwotę niewielką i niezmienną (to tak jakbyśmy płacili 1,75zł - przy corocznym podnoszeniu opłat np. przez poznańskie MPK to kwota marzenie). Nie wiem czy na wszystkich trasach, ale posiadając uniwersyteckie ID za przejazd nie płacimy wcale. 
Kierowca nie zajmuje się przyjmowaniem opłat za przejazd, takowe uiszczamy umieszczając pieniądze w swoistej dużej skarbonce, znajdującej się zaraz przy wejściu. To nie żadne wymyślne technicznie urządzenie, a zwykły metalowy "pojemnik "z przeszklonymi bokami. Może się mylę, ale wkładane pieniądze, a właściwie ich ilość nie jest kontrolowana. Na "resztę" nie mamy co liczyć, ale przy tylu jednodolarówkach w obiegu, ciężko tu być bez "drobnych" w portfelu. 
 Po drugie i jeszcze lepsze: wsiadamy i wysiadamy nie przejmując się przystankami, które w zasadzie nie istnieją. Autobus zatrzyma się na każdym odcinku trasy, niezależnie czy będzie to środek miasta czy droga szybkiego ruchu. Wystarczy stać przy trasie autobusu i dać znać kierowcy, że interesuje nas żeby się zatrzymał. Prosta sprawa. Moim faworytem jest jednak odwrotna sytuacja czyli to co musimy zrobić żeby wysiąść. Mianowicie przez całą długość autobusu, po obu stronach, poprowadzono tajemnicze linki, tuż nad oknami, ale na wyciągnięcie ręki. "Ja tylko pociągnął"i już sygnał płynie do kierowcy, a ten natychmiast rozpoczyna hamowanie.  
Mając takie udogodnienia (docieranie na czas do przystanku nigdy nie było moją mocną stroną) mogę wybaczyć małą częstotliwość kursów (średnio co 1,5 godziny), a co do poprowadzenia tras - nie mam zastrzeżeń. 

Pozdrawiam 
SK

piątek, 7 sierpnia 2015

O KSIĄŻCE

Dziś o jednej z książek, którą przeczytałam już jakiś czas temu. Dlaczego napiszę akurat o tej? Bo to po prostu wdzięczny temat, jest co pochwalić, co skrytykować. Lepiej być nie może. 
Do Anny Wendzikowskiej mam ambiwalentny stosunek. Po lekturze jej książki nie uległ specjalnej zmianie. W zasadzie, o ile nie czuję jakiejś niewytłumaczalnej, samoistnej antypatii i jeśli ktoś mi wyraźnie nie zajdzie za skórę to staram się nie oceniać i nie nastawiać negatywnie do nikogo. Mogą mi się nie podobać jakieś poczynania, ale mam silną świadomość drugiego końca kija. I właśnie z takim nastawieniem zasiadałam do lektury - doceniam doświadczenie, mam świadomość jakiejś autokreacji, ale nie chcę wyciągać pochopnych wniosków.    

Ileż ostatnio na rynku pojawiło się pozycji pod podobnym patronatem…Nie do końca potrafię podejść poważnie do wszystkich tych "poradników", a korzyść finansowa chyba zbyt często przyćmiewa wartość merytoryczną. W tym jednak przypadku wg mojej oceny autorka miała czym się podzielić. Umówmy się: jej grupa zawodowa o tej konkretnej specjalizacji nie jest liczna. Wywiady trwające nie dłużej niż 5 minut podczas intensywnej promocji światowych produkcji filmowych przypominają raczej fabrykę z pracą przy taśmie. Jak tu rozwinąć rozmowę mając kilka minut, a na przeciwko aktora, dla którego jest się 20 z kolei "zadawaczem" pytań (często tych samych) i to jeszcze przed obiadem. Gdyby nie cała reszta możliwości jednej i drugiej strony to normalnie, aż bym współczuła. 
I tak w książce mamy możliwość wejścia do tej fabryki. Fabryki o nazwie "junket" (branżowa nazwa). Poznajemy ludzi stojących na ogół przy taśmie i przynajmniej niektóre reakcje aktorskich sław, tych większych i tych mniejszych. Nie zapominajmy, że poznajemy ich w pracy ponieważ promocja filmu to właśnie element ich pracy - nic innego (tylko niewielu tych największych twórców filmowych może sobie pozwolić na nieuczestniczenie w tym etapie - np. taki Al Pacino czy "nasz" Roman Polański). W książce przewijają się dość ciekawe informacje na temat kulis tych dużych promocyjnych przedsięwzięć. 

Od zawsze osoby publiczne z każdej dziedziny budziły zainteresowanie i ciekawość. Mniejsze, większe, chore czy pełne podziwu. Osobiście mam swoich aktorskich ulubieńców i choć unikam czytania o nich wyssanych z palca "newsów" w plotkarskich czasopismach to chętnie czytam np. autoryzowane wywiady. 
Autorka książki zdaje się reprezentować dziennikarstwo bliższe autoryzacji, że tak to ujmę czyli stara się do każdej rozmowy przygotować, zachować takt i nie szukać tanich sensacji głównie w sferze prywatnej swojego rozmówcy, a skupić się na zawodowych dokonaniach. Opisy rozmów z aktorami w książce "Pytania o Hollywood" wydają się być szczere i są oczywiście subiektywnym odbiorem autorki. 
W ciągu tych kilku minut można kogoś polubić lub nie, można wyciągnąć jakieś wnioski np. o poczuciu humoru, ale w warstwie powierzchownej i trudno spodziewać się czegoś więcej.  Aktorzy to też ludzie. Miewają gorsze i lepsze dni, sprawy o których nie chcą gadać i reprezentują mniejszy lub większy profesjonalizm w pracy. Miejmy dystans i świadomość, że ile byśmy o nich nie przeczytali, ile nie obejrzeli to dopóki człowieka nie poznamy prywatnie to go po prostu nie znamy.          


Okładka. Hmm. W tle jedni z najpopularniejszych aktorów, a na pierwszym planie? Autorka i jej biust. Tak wyszło, taki krój? Oj chyba nie. Cóż, w końcu często obcując z Hollywood nie trudno wyciągnąć wnioski o znaczeniu biustu w machinie promocyjnej. Szkoda bo osobiście wolę kiedy okładka woła do mnie coś o treści, a nie zastanawia gdzie ktoś kupił taki biustonosz modelujący. 
Poza tym: twarze aktorów na taśmie filmowej, doprawdy odkrywcze. 
Tak sobie myślę, że kiedy wydaje się książkę to powinno się przyłożyć do jej redagowania tak żeby czytelnik nie mógł w trakcie zdać sobie sprawy, że np. te same zdania czytał już przed chwilą i odnosiły się one do kogoś zupełnie innego. Odniosłam wrażenie, że do tego procesu wydawniczego ktoś się nie przyłożył.   


Główny powód przywiezienia tej książki z Greenpointu. Meryl Streep, którą podziwiam za talent, profesjonalizm i podejście do życia. Przeczytawszy fragment o Niej nie byłam niczym zaskoczona, ale miło utwierdzona w swoim przekonaniu.
Podczas lektury kilka razy miałam to miłe poczucie - np. S. J. Parker, Justin Hoffman, Susan Sarandon czy Helen Mirren mnie nie rozczarowali, ale i kilka razy się zdziwiłam np. kiedy na tapetę wchodził Bruce Willis czy Shia LaBeouf.
 
Zabawię się w punktacje i przyznam: 5/10.

Pozdrawiam.