czwartek, 23 kwietnia 2015

BASEN


 Spodziewałam się, że na Zachodnim Wybrzeżu czy na Florydzie posiadanie przydomowego basenu (mowa o basenach ziemnych, całorocznych) jest sprawą popularną, niemal kwestią swoistego standardu, ale tej popularności zupełnie nie spodziewałam się w stanie New York. Jakoś wg mojego rozumienia pragmatyzmu, budowanie basenów za niemałe kwoty na szerokości geograficznej strefy klimatycznej umiarkowanej nie jest do końca, powiedzmy, uzasadnione. Przez większość miesięcy w roku atrakcja pozostaje bowiem nieczynna. Cóż, co do lata - bądźmy realistami, woda w dużym zbiorniku nagrzewa się (jeśli nie jest podgrzewana odpowiednią aparaturą) dość długo i tak w zasadzie (wg mojego doświadczenia) wyśmienicie ciepłą wodą możemy cieszyć się gdzieś w okolicach sierpnia, wcześniej - oczywiście w bardzo upalne dni woda w basenie jest jak prezent, ale niech tylko słońce zajdzie…brrr, zimno. 
W Polsce zdecydowanie większą popularnością cieszą się pływalnie publiczne, kryte. Raczej każde szanujące się miasteczko/miasto takowy obiekt posiada. Nowy, stary, czysty, mniej czysty, ale jest. Działają przez cały rok, oferując nierzadko cały pakiet atrakcji. I zastanawiam się czy takie rozwiązanie nie sprawdza się przypadkiem lepiej, biorąc pod uwagę również naprawdę niemały koszt utrzymania przydomowych basenów, no i umówmy się, bardzo niewielu za domem wykopie sobie dół o wymiarach olimpijskich żeby ćwiczyć pływanie żabką…W stanie NY wg moich dotychczasowych obserwacji basenów krytych, publicznych jest niewiele. Prawdę mówiąc nie widziałam ani jednego do tej pory, ale podobno gdzieś są. Mamy za to, co prawda oddalony o jakieś 2 godziny jazdy, ale za to z prawdziwego, amerykańskiego, zdarzenia - park rozrywki z atrakcjami wodnymi: SIX FLAGS. Co do strony ekonomicznej posiadania przydomowego basenu z perspektywy amerykanów…może wyjaśni tę kwestię parafraza pewnego zwrotu,  kto zabroni temu kogo stać. Tak to się tutaj z jakiś przyczyn przyjęło i tyle. 

 Nie mogę przedstawić dokładnej liczby domostw "zaopatrzonych" w basen, nie wszystkich też dotyczy basen ziemny - część zdecydowała się na obiekt naziemny (zawsze jednak w sporych rozmiarach), ale myślę, że co trzecia, może co czwarta rodzina posiada prywatne kąpielisko. I niech no tylko po zimie temperatura przekroczy 70℉! Rozpoczyna się intensywny sezon otwierania basenów, reperowania uszkodzeń, wymiany niezbędnych części - ten kto miał szczęście lub z największą uwagą zabezpieczył wszystko na zimę musi tylko dolać wody i filtrować, filtrować, oczyszczać, oczyszczać - oczywiście z pomocą odpowiednich środków chemicznych, w tym niezastąpionego chloru. Baseny posiadają całe podziemne i naziemne oprzyrządowanie: pompę, filtry, przewody itd. Przed zimą wypompowuje się część wody, ale tylko do poziomu, który nie grozi dostaniem się, tej skłonnej do zamarzania cieczy, do rur odprowadzających i doprowadzających filtra (znamy to dobrze, woda w postaci lodu zwiększa objętość i rury może, mówiąc kolokwialnie, szlag trafić), na moje oko jakieś 1/4 całości. Następnie demontowana jest newralgiczna część sprzętu, pompa wraz z filtrem, a do wspomnianych wcześniej rur wlewana jest specjalna substancja konserwująca i nie poddająca się niskim temperaturą. W trakcie trwania sezonu od czasu do czasu musimy mechanicznie oczyścić wodę a to z jakiegoś pływającego żółwia, jakiegoś pająka czy co tam wskoczy. Jesienną porą, jak już zamoczenie nogi grozi przeziębieniem co mniej odpornym, następuje zamknięcie sezonu przypieczętowane przykryciem basenów wg schematu o którym pisałam kilka linijek wcześniej. 
Każdy basen, wg zdaje się prawa federalnego, bezsprzecznie musi zostać ogrodzony. I to jedyne ogrodzenia budowane przez przeciętnych amerykanów myślą o bezpieczeństwie, ale temat braku porządnego "opłotowania" amerykańskich działek to temat na osobny post.  

Żeby nie wyszło, że jestem całkiem nieprzychylna basenom przydomowym jeszcze raz przypomnę, że dotyczy to określonej szerokości geograficznej i… przyznaje, że letnie grillowanie i letnie przyjęcia  w towarzystwie "błękitnej" wody nabierają zdecydowanie większego uroku :). A i na codzienną, letnią możliwość urozmaicenia upałów kąpielą w basenie też nie zamierzam narzekać :)  





Tak zamknięty basen czeka do następnego sezonu. 

Pozdrawiam 

piątek, 17 kwietnia 2015

DZIAŁ EUROPEJSKI

Robiąc zakupy zahaczyłam oczywiście o "European department" i oto jak się prezentował: 


Musztarda i musztardówka, kultowe "dwa w jednym" czasów PRL - kto tego kiedyś nie miał? Teraz mogą mieć i amerykanie. 


Kawa zbożowa INKA - no, biorą za ocean to co najlepsze, a przynajmniej charakterystyczne. Delicje, chyba ulubione polskie ciastka P., które zazwyczaj lądują w naszym koszyku.   

Tych "kilka" półek jest częścią dużego supermarketu "Stop&Shop". 

Pozdrawiam 
SK


czwartek, 9 kwietnia 2015

JAK CIESZY "TROCHĘ POLSKI" W USA

Nie wiem czy to dotyczy wszystkich przebywających na emigracji Polaków, ale ja widząc "coś polskiego" uśmiecham się od ucha do ucha:) A, że Polonia w USA to mniejszość z tradycjami oraz ciągle stosunkowo liczna, więc od czasu do czasu mam okazję do tego niemal patriotycznego uśmiechu :)
Robiąc zakupy zawsze rozglądam się za działami z produktami europejskimi. Raczej nie są zbyt okazale zaopatrzone, ale zazwyczaj znajdę jakieś ogórki kiszone czy Prince Polo (dobre i to), a taki widok niezmiennie jak do tej pory mnie cieszy. Tak na  marginesie, pamiętam jak przy okazji pierwszych spędzanych tu świąt chcąc przygotować tradycyjną sałatkę jarzynową nieźle się nabiegałam w poszukiwaniu kiszonych ogórków, których próżno szukać na półkach z amerykańskimi ogórkami konserwowymi (choć ostatnio mówi się o wzmożonym zainteresowaniu amerykanów "sfermentowanym jedzeniem" w tym dobrze znanymi w Polsce ogórkami kiszonymi, kapustą kiszoną czy kefirem). 

Najfajniej jest kiedy spotykam większy lub mniejszy polski akcent całkowicie się tego nie spodziewając…Tak jak w przypadku wspomnianego wcześniej pomnika Kazimierza Pułaskiego czy…

…sytuacji kiedy jadąc ulicami Manhattanu dostrzegłam budynek Konsulatu Generalnego Rzeczypospolitej Polskiej…

Pozdrawiam 
SK:) 






TO NIE EUROPA, ALE JEST CO ZWIEDZAĆ

Nie ma dla mnie wątpliwości, że Europa to kontynent proponujący wszystkim miłośnikom historii cały wachlarz miejsc do zwiedzania. Klimat Starego Kontynentu, jego budowle ze starożytnymi świątyniami, średniowiecznymi zamczyskami oraz renesansowymi czy barokowymi pałacami na czele stanowią niekwestionowany cel wypraw milionów zwiedzających. I dla mnie w tej kwestii Europa zawsze będzie wyprzedała Amerykę Północną. Dlatego przyznam, że nie spodziewałam się czuć w Stanach specjalnie często atmosfery dawnych czasów zaklętych w jakiś długowiecznych murach, którą czuje się w takich miejscach jak choćby Rogalin, Objezierze czy Kórnik w Wielkopolsce. Mile się jednak rozczarowałam:) Okazuje się, że w USA mają do zaoferowania nieco więcej w temacie świadectw historii niż np. Graceland (Narodowy Pomnik Historii USA, legendarna siedziba Elvisa w Memphis, którą tak na marginesie również chętnie bym zobaczyła - w końcu chodzi o króla Rock and Rolla)… 
Przekonałam się również, że amerykanie z dużą atencją podchodzą do upamiętniania miejsc dla nich ważnych, starannie zachowując najmniejsze detale. Już zwiedzając najbliżej nas położone miejsca trudno było się opędzić od podobnych refleksji. Świadectwa minionych wieków i dziesięcioleci, dziś dobrze zachowane i co ważne - sprawnie zarządzane, cieszą turystów i samych amerykanów, którzy wydaje mi się, chętnie zapoznają się z własnym dziedzictwem.  


Tablica witająca przyjezdnych do Hyde Parku. Miasteczka w którym urodził się prezydent Franklin Delano Roosevelt. Dla społeczeństwa amerykańskiego to postać kultowa - dla nas Polaków i Europejczyków…no cóż - Jałta i wszystko jasne (przynajmniej dla tych, którzy nie spali na lekcjach historii ;P).  


W Hyde Parku do dyspozycji zwiedzających mamy świetnie wyeksponowaną posiadłość rodzinną prezydenta (Franklin D. Roosevelt Presidential Library and Museum) na co składa się kompleks różnych budynków, ogród, biblioteka, sklep z pamiątkami (no ba), program wycieczek z przewodnikami…czego tylko turysta zapragnie.  





A to już jedna z dawnych posiadłości amerykańskiej rodziny Vanderbilt, wybudowana przez wnuka samego "Commodore" (Cornelius Vanderbilt) czyli swego czasu najbogatszego człowieka w USA. 
Jedna z wielu powstałych na życzenie poszczególnych członków słynnej rodziny, ale klasycystyczna architektura na tle rzeki Hudson nadaje temu miejscu całkiem wyjątkowy charakter. Przynajmniej wg mnie. 

  




Bogato zdobione wnętrza oniemieją przepychem, a przewodnik informuje iż niegdyś sprowadzono do tego miejsca m.in. wazy z czasów dynastii Ming czy XV wieczne flamandzkie gobeliny. Nie jestem tego pewna, ale przypominam sobie coś o chęci Fredericka Vanderbilt do odwzorowania w jakimś stopniu słynnego, francuskiego pałacu… ni mniej, ni więcej tylko Wersalu! Ambitnie, a co!:D 
Podobno zlecono najlepszym rzemieślnikom owych czasów np. odwzorowanie 1 do 1 wyposażenia, mebli i części pomieszczeń…

Pozdrawiam




niedziela, 5 kwietnia 2015

HUDSON VALLEY

Za co można pokochać stan New York? Za coś czego się raczej nie spodziewałam…Za krajobraz!:) Nie pamiętam już co sobie myślałam lecąc tu pierwszy raz, to znaczy pamiętam (…), ale akurat nie o moich wyobrażeniach na temat widoków jakie czekają mnie za oknem samolotu, samochodu a potem domu. A może w ogóle o tym nie pomyślałam, nie wizualizowałam - wystarczająco dużo miałam wtedy na głowie:) Niemniej w mojej świadomości ukształtował się obraz stanu New York - ogólny i powstały oczywiście na bazie najrozmaitszych produkcji filmowych i telewizyjnych. Nie, nie chce powiedzieć, że wszystko mnie zaskoczyło i jest całkowicie inne, nie mogę też wypowiadać się o stanach w których po prostu nie byłam, ale pozwolę sobie na krótką, subiektywną ocenę/opis miejsca w którym mieszkam czyli Hudson Valley, regionu stanu New York do którego zdarza mi się pałać szczerym uczuciem i podziwem. 
Hudson Valley to po prostu dolina rzeki Hudson, to różnorodne skały triasowe, piaskowce, to wysokie klify, to rozległe wzgórza Appalachów, to jeziora, to bogata fauna (m.in. niedźwiedzie - jeden taki jegomość zaglądał nam kiedyś do kubłów na śmieci czy skunksy - miałam przyjemność poznać przedstawiciela gatunku, który był tak miły i nie "zadarł kity") i ocean zieleni… Duży stopień zalesienia i pofalowane ukształtowanie terenu tworzą niezapomniane widoki, które znacznie umilają podróże samochodem. Właśnie, cały region Hudson Valley cechuje się również świetnie zurbanizowanymi obszarami, z ciekawą i atrakcyjną infrastrukturą drogową, kolejową jak i infrastrukturą społeczną co sprzyja osiedlaniu się tu spragnionych większego kontaktu z naturą  mieszkańców New York City, którzy nie muszą rezygnować przy tym z pracy w New York.
Cóż, mieszkanie w centrum miasta ma swoje plusy, ale musimy się wówczas pogodzić z częstszą obserwacją populacji szczurów niż jak w przypadku Hudson Valley np. saren.  
Będąc bardziej szczegółową wspomnę o tym, że sami mieszkamy w miasteczku którego granica z dużym miastem wydaje się niemal "zatarta", a dziesięciolecia ustroju wolnorynkowego i napływu wielu kultur i religii spowodowały mnogość i różnorodność punktów handlowych, usługowych w tym restauracji serwujących najrozmaitsze kuchnie świata często w oryginalnym wykonaniu oraz oczywiście kościołów różnych wyznań.   
Niestety w krajobraz rzadko wpisują się farmy, jeśli dobrze sobie przypominam widziane przez okna samochodu mogłabym policzyć na palcach jednej ręki i są to najczęściej stadniny koni.      

Mamy za to swoją regionalną winnicę:) 






Zdjęcia nie oddają w pełni piękna i uroku Hudson Valley, ale zapewniam, że region w pełni zasługuje na takie sformułowania wymawiane w jego kontekście. 

Wesołych i radosnych Świąt Wielkanocnych!:)

Pozdrawiam SK