Minęło już trochę czasu od premiery "Spectre", miałam napisać tego posta znacznie wcześniej, ale nie wyszło…
Nie powiem żebym oczekiwała z napięciem na każdą kolejną odsłonę serii o Jamesie Bondzie, ale te filmy to zjawisko wyjątkowe w skali światowego kina i i choćby z tego powodu warto je znać. Poza tym konwencja szpiegowska i niezniszczalny 007 to mix niezwykle filmowy. Ian Fleming stworzył bezsprzecznie najsłynniejszego szpiega w historii. Większość odsłon przygód Agenta Jej Królewskiej Mości to co najmniej dobre filmy, jeśli nie bardzo dobre. Twórcy i producenci dokładają starań by do kin wchodziły obrazy o wysokiej jakości i te starania zwykle przynoszą oczekiwany skutek. Mogłabym długo pisać o poszczególnych "Bondach" i charakterystyce serii, ale za 15 minut chciałabym zabrać się za obiad, a to temat na znacznie dłuższy czas, więc pozostaje mi skupić się na tym ostatnim.
W "Spectre" James Bond dociera do sedna intrygi, która to zakrojona na olbrzymią skalę miała swoje przedstawicielstwa w trzech poprzednich filmach, a może powinnam napisać: macki… Należy, więc wyciągnąć wniosek, iż "Spectre" jest swoistą klamrą spinającą mini serię w obrębie większej. Bez wchodzenia w szczegóły mogące stanowić spoiler (o ile ktoś jeszcze nie widział tego filmu bo przy taaakiej kampanii promocyjnej to prawie niemożliwe!), napiszę tylko, że fabuła mogła być lepsza. Nie "dużo" lepsza, bo nie ma takiej potrzeby, ale "nieco". W jakim aspekcie? Utrzymując enigmatyczną narracje, napiszę: tajemnica mogłaby być bardziej tajemnicza (tajna, legendarna organizacja jeszcze z czasów "Diamenty są wieczne" winna wrócić z większym przytupem). A może przesadzam?
Tak czy inaczej Sam Mendes, reżyser "Spectre" (i wcześniejszego "Skayfall") może być zadowolony ze swojej pracy. Zaryzykował odwracając nastrój swojej raptem "bondowskiej" dwójki, ale z rezultatem godnym laureata Oscara. Uff.
Bond jest taki jakim lubię go najbardziej: cyniczny, kompetentny i dowcipny…I choć uwielbiam "Skyfall" to wolę oglądać Jamesa w formie jaką prezentuje w "Spectre". Co prawda nie używa tylu gadżetów co Bond-Brosnan i nie jest tak niezniszczalny, ale przynajmniej samochodu żaden z poprzedników by się nie powstydził, a i w walce nie pozostaje w tyle ani na moment. Garnitur leży w dalszym ciągu doskonale, a nabyte przed 9 laty na potrzeby "Casino Royale" 8 kg mięśni wydaje się być nadal na swoim miejscu, nadal sprężyste. Przy czym o ile wiek Bonda pozostaje bliżej nieokreślony to wiek Creiga jest pewny i wynosi 47 lat. W "Spectre" mogłabym się przyczepiać do słabej interakcji z ekranową partnerkom, ale nie będę.
Rozumiem ideę zmiany charakteru serii zapoczątkowaną wraz z "Casino Royale", nadającą ciężkości i realizmu, ale powrót (bo tak to odbieram) do większej dawki nonszalancji i uśmiech do części powstałych w latach 90, moim zdaniem, dobrze zrobił poważnemu do tej pory Bondowi Daniela Craiga. Jemu samemu dając możliwość, w pewnym sensie, zagrać nowego 007 i sprawdzić się w innej narracji. Nie porzucając jeszcze jego wątku: przypominam sobie moment kiedy Daniel Craige został przedstawiony jako nowy odtwórca znanego na całym świecie agenta i jak liczne głosy sprzeciwu były z tym związane, o naleganiach fanów by decyzja została cofnięta nie wspominając… Tymczasem wystarczyły pierwsze minuty "Casino Royale" by zdać sobie sprawę z obsadowego strzału w dziesiątkę i teraz kiedy rozdział "Bond" na koncie Craiga został zamknięty… w eterze rozbrzmiewa żal.
Pozostali aktorzy:
Monica Bellucci - jej postać wydaje się być "na doczepkę". Rozumiem, że mocne nazwisko w temacie pod tytułem "kobiety Bonda" się przydaje, ale ten konkretny epizod specjalnie nic nie wnosił, a i sama Bellucci jakoś nie powalała swoją legendarną kobiecą charyzmą. Nie było to całkowicie pozbawione sensu, ale gdyby trochę nad tym popracować, jeszcze na etapie scenariusza - byłoby pewnie ciekawiej.
Naomie Harris - lubię jej Moneypenny.
Ralph Fiennes. Jestem fanką postaci M i moją ulubioną odtwórczynią pozostaje ulubiona Judi Dench (jest mistrzynią chwilówek na ekranie, nie bez kozery ma na koncie Oscara za 4 minutową rolę!), ale Fiennes ze swoją "brytyjskością" i talentem zupełnie mi nie przeszkadza. Choć trudno mi w tej chwili myśleć o nim w roli M - ostatnio obejrzeliśmy z P. "Listę Schindlera" i teraz znowu na chwilę Ralph Fiennes ma twarz wiadomo kogo ( a jak nie wiadomo to: człowieku! zobacz "Listę Schindlera"!)
Ben Whishaw - uroczy Q. Jeszcze bardziej uroczy niż w Skyfall, z jeszcze bardziej rozbudowaną rolą. I dobrze bo to świetny aktor.
Christoph Waltz - przepadam za nim od czasu "Bękartów", niestety tym razem mnie trochę rozczarował. Zagrał poprawnie, ale jakby bez pomysłu i to niekoniecznie własnego, chodzi mi raczej o poprowadzenie reżyserskie. A może z sympatii szukam usprawiedliwienia, a prawda jest taka, że role "tego złego" tak częste w jego karierze odgrywane są już z jakąś manierą i bez entuzjazmu?
Lea Seydoux- starała się, naprawdę się starała i chciałabym napisać, że sprawę położył tylko zupełny brak chemii między nią, a ekranowym partnerem, ale podczas seansu uparcie powracała do mnie myśl, że ktoś inny zagrałby to lepiej.
W kwestii efektów specjalnych napiszę tylko: kunszt i efektowność. I te słowa pasują również do określenia scenografii. James Bond całkiem sporo podróżował i to w piękne miejsca, które zestawiały sobą nowoczesność i staroświeckość, w idealnych dla mnie proporcjach.
I wreszcie docieram do oprawy muzycznej. Thomas Newman - decyzja o podjęciu współpracy z tym kompozytorem była słuszna, muzyka była adekwatna i stanowiła ciekawe tło. Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o wyborze autora/wykonawcy głównego utworu promującego film. Sam Smith, a raczej jego "Writing on the Wall" kompletnie nie przypadło mi do gustu. Moim zdaniem ma się nijak do porywającego "Skyfall" w wykonaniu Adele. Oboje z P. stwierdziliśmy jednak, że podczas czołówki (ta nazwa nie należy do moich ulubionych, ale chwilowo nie przychodzi mi do głowy inna) "Writing on the Wall" nie przeszkadzała. Nie przeszkadzała świetnej sekwencji obrazów, z jakich słyną już czołówki (ciągle sobie nie przypomniałam) filmów o 007.
Podsumowując: oby kolejne odsłony utrzymały poziom "Spectre" tak jak "Spectre" utrzymało poziom swoich poprzedników. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, ale życzę powodzenia decydującym o wyborze "nowego Bonda", a "nowemu Bondowi" współczuję presji z jaką bez wątpienia będzie musiał się zmierzyć po świetnym Bondzie-Craigu, że nie wspomnę o innych.
POZDRAWIAM