sobota, 19 grudnia 2015

O SKLEPIE POLSKIM W USA

Najczęściej odwiedzanym przez nas "polskim sklepem" jest "PIAST" w Garfild w stanie New Jersey. Jakiś miesiąc temu zrobiłam kilka zdjęć owego bastionu polskiego smaku w USA, ale nie byłam przekonana o słuszności umieszczenia ich na blogu - to w końcu po prostu sklep spożywczy. Wczoraj  byliśmy jednakże na przedświątecznych zakupach i tym natchniona postanowiłam je tu umieścić mimo wszystko (tych zdjęć przecież nie zrobiłam z myślą o rodzinnym albumie).  

Jeśli ktoś jest ciekaw jak wygląda "polish store", proszę uprzejmie: 









Prawda, że kawałek konsumenckiej Polski (może takiej "lekko" sprzed lat - ta boazeria na ścianach…) w USA? 
Jeśli chodzi o ilość i jakość towaru to prezentowany powyżej "Piast" jest naszym absolutnym faworytem, podejrzewam zresztą, że jest tak dla większości Polonii z regionu, a przynajmniej po tej stronie rzeki Hudson - po drugiej, spragnionych rodzimych produktów, przyciąga sam Greenpoint. 
Niedaleko otwarto "Biedronkę" lub powiedzmy sobie szczerze jakiś rodzaj jej hybrydy, ale tam nie ma szans na świeże wędliny i sery, pieczywo czy prasę. 
W "polskim sklepie" nie wszystko jest takie na wskroś polskie, swoje miejsce mają tam i amerykańskie towary np. mleko. Po części jest to pewnie spowodowane chęcią oferowania bardziej kompleksowej obsługi, a po części wynik dostosowania do klienta w różnym stopniu, ale jednak zamerykanizowanego - np. o ser czy wędliny prosi się w funtach, na dziale dań gotowych dodatkiem są "mash potato", w wąskich przejściach między półkami częściej słyszy się i mówi, z przyzwyczajenia, "excuse me", a nie "przepraszam"…

Amerykanie coraz bardziej przekonują się do polskiej żywności i chętnie robią zakupy choćby "PIAŚCIE" - sama obserwuje jak często język angielski pojawia się przy stoisku z wędlinami. O większym zainteresowaniu polskimi wyrobami mówią też oficjalne dane co niezmiernie mnie cieszy. 

Pewnie nieraz o tym pisałam/mówiłam: amerykańskie jedzenie przegrywa z polskim chyba na każdym polu. Mamy lepsze słodycze, lepsze pieczywo, lepsze tradycje kulinarne, lepsze restauracje…dużo by wymieniać. Nawet hamburgery w polskich McDonaldach lepiej smakują. Zdaję sobie sprawę, że w jakimś stopniu idealizuję, taka ludzka skłonność, ale nie bez powodu każdorazowo odwiedziny w "polish store" to takie mini święto. 

Po ponad dwóch latach pobytu stałego w USA skłamałabym mówiąc, że nic mi nie smakuje. W Stanach jest większy wybór produktów z całego świata, a i rodzimi amerykańscy producenci coraz częściej stawiają na produkcję "organic", więc cotygodniowe zakupy spokojnie mnie zadowalają i przy posiłkach się nie krzywię.  



Z życia kulturalnego Polonii amerykańskiej! Laskowik! 
Wszelkie obwieszczenia, plakaty i reklamy "made in Ojczyzna" na szybach  "polish store" to norma bo w końcu gdzie indziej miałyby łowić zainteresowanie. 

Pozdrawiam 
SK


piątek, 18 grudnia 2015

O "SPCA"

Nie wiem jak innym, ale mnie schroniska dla zwierząt kojarzą się głównie z błotem, metalowymi ogrodzeniami i dużym przepełnieniem. Przyznam szczerze, że nigdy nie byłam w żadnym polskim schronisku i może, mam nadzieję, nie wyglądają tak jak to sobie wyobrażam lub nie wszystkie są takie jakimi je widziałam w przekazie telewizyjnym. 
 Jadąc do SPCA czyli amerykańskiego odpowiednika schroniska dla zwierząt byłam przygotowana na widok rozdzierający serce, tymczasem kiedy wjechaliśmy na parking nieopodal nowoczesnego budynku położonego w pięknej okolicy i nigdzie nie dało się zauważyć klatek, ani usłyszeć szczekania - pomyślałam, że P. właśnie pierwszy raz pomylił drogę. 


Nie wiem czy wszystkie hrabstwa stanu New York mogą pochwalić się tak nowoczesnym budynkiem SPCA, ale hrabstwo Dutchess, jak widać na poniższych zdjęciach, tak.  
Pomieszczenia gdzie przebywają zwierzaki nie są może zbyt obszerne, ale zadbane, czyste i wyposażone w niezbędne rzeczy. W kompleksie panuje wręcz zaskakująca cisza, spokój oraz życzliwa atmosfera. 

Już jakiś czas temu zauważyłam (nie wiem czy rzecz dotyczy całych Stanów, pewnie nie), że do adopcji w przeważającej większości trafiają pieski konkretnych ras. Na stronach internetowych poświęconych psim adopcją czy w SPCA najczęściej spotykane rasy to: pitbulle, amstafy i tym podobne. I choć już dawno temu przekonałam się, że to kochane i bardzo oddane psiaki (jak wszystkie zresztą) to ich obecność w SPCA w tak przeważającej ilości jest dość zastanawiająca. Tak zwane "kundelki" nie pojawiają się prawie w ogóle - ponownie obawiam się myśleć o przyczynie takiego stanu rzeczy. Natomiast miłośnikom kotów SPCA ma do zaoferowania pokaźną gamę umaszczeń i ras. Piękne, duże koty z charakterystycznym dla nich spokojem i godnością czekają na nowego opiekuna. 




















Chcąc przygarnąć szczeniaka lub kociaka trzeba poczekać na jedną z nielicznych okazji. 

Psi smutek jest ten sam, niezależnie od kraju. Zwierzakom brakuje domu, ale pocieszający pozostaje  fakt, że na ten dom czekają w godnych warunkach. 

Pozdrawiam 

środa, 9 grudnia 2015

O DOMACH W USA


 Może kiedyś napiszę, w ujęciu technicznym, co w amerykańskich domach mi się najbardziej nie podoba, co mnie dziwi, a co uważam za godne uwagi, ale zdjęcia które zrobiłam na jednej z ulic w Poughkeepsie są dla mnie natchnieniem do podjęcia innego wątku. 
Mianowicie amerykańskie domy, ze swoją specyficzną architekturą wydają mi się często albo gotowym planem horroru albo miejscem do zamieszkania dla czarownicy z bajki. Zdecydowanie często są to budynki pokaźnych rozmiarów, z kolumienkami, z wieżyczkami, pomalowane - powiedzmy z fantazją lub wręcz w "złowieszczych" kolorach,  z różnymi zdobieniami…Wyglądają na wiekowe i w zadziwiającej większości po prostu liczą sobie dziesięciolecia czy często nawet stulecie (w związku z tym przypomina mi się zagadka, którą zadał mi kiedyś P. ,jadąc autem zadajemy sobie zagadki/pytania dotyczące różnych dziedzin: "co najczęściej niszczy domy w USA?", odpowiedź jest prosta: korniki - myślał, że mnie zagnie, pffi; pewnie rozwinę ten problem szczegółowiej przy tej okazji o której wspominałam na początku, ale naprawdę czasem sama sobie zadaje inne pytanie: jakim cudem te budynki nadal stoją?!).

Zapewne duży wpływ na moją wyobraźnie mają po prostu amerykańskie produkcje filmowe w których tłem/miejscem akcji zwykle są amerykańskie ulice i budynki waśnie, siłą kojarzenia podsuwają mi charakterystyczne obrazy. Nie zmienia to jednak faktu, że wiele budynków mieszkalnych Wschodniego Wybrzeża i ich architektura (New York City to oczywiście nieco inna para kaloszy) mają ten wyjątkowy klimat. Wywołanie atmosfery "strachu" na Halloween to pestka, a z drugiej strony magiczna bożonarodzeniowa aura wydaje się w wielu przypadkach wpisywać w krajobraz idealnie (i tu już o wkładzie New York City warto wspomnieć)…

    









Zdjęcia powyżej przedstawiają oczywiście jedną ze "stron" amerykańskiego budownictwa/architektury. Inne ulice mają nieco inny klimat, bardziej sielski, bardziej nowoczesny (ale nie w stylu do którego przywykliśmy w PL), gdzie wyobraźnia niekoniecznie skłania się ku atmosferze grozy, ale za to Boże Narodzenie nadal "pasuje jak ulał". 

Pozdrawiam 

sobota, 5 grudnia 2015

O "SPECTRE"






Minęło już trochę czasu od premiery "Spectre", miałam napisać tego posta znacznie wcześniej, ale nie wyszło…

Nie powiem żebym oczekiwała z napięciem na każdą kolejną odsłonę serii o Jamesie Bondzie, ale te filmy to zjawisko wyjątkowe w skali światowego kina i i choćby z tego powodu warto je znać. Poza tym konwencja szpiegowska i niezniszczalny 007 to mix niezwykle filmowy. Ian Fleming stworzył bezsprzecznie najsłynniejszego szpiega w historii. Większość odsłon przygód Agenta Jej Królewskiej Mości to co najmniej dobre filmy, jeśli nie bardzo dobre. Twórcy i producenci dokładają starań by do kin wchodziły obrazy o wysokiej jakości i te starania zwykle przynoszą oczekiwany skutek. Mogłabym długo pisać o poszczególnych "Bondach" i charakterystyce serii, ale za 15 minut chciałabym zabrać się za obiad, a to temat na znacznie dłuższy czas, więc pozostaje mi skupić się na tym ostatnim.


W "Spectre" James Bond dociera do sedna intrygi, która to zakrojona na olbrzymią skalę miała swoje przedstawicielstwa w trzech poprzednich filmach, a może powinnam napisać: macki… Należy, więc wyciągnąć wniosek, iż "Spectre" jest swoistą klamrą spinającą mini serię w obrębie większej. Bez wchodzenia w szczegóły mogące stanowić spoiler (o ile ktoś jeszcze nie widział tego filmu bo przy taaakiej kampanii promocyjnej to prawie niemożliwe!), napiszę tylko, że fabuła mogła być lepsza. Nie "dużo" lepsza, bo nie ma takiej potrzeby, ale "nieco". W jakim aspekcie? Utrzymując enigmatyczną narracje, napiszę: tajemnica mogłaby być bardziej tajemnicza (tajna, legendarna organizacja jeszcze z czasów "Diamenty są wieczne" winna wrócić z większym przytupem). A może przesadzam?
Tak czy inaczej Sam Mendes, reżyser "Spectre" (i wcześniejszego "Skayfall") może być zadowolony ze swojej pracy. Zaryzykował odwracając nastrój swojej raptem "bondowskiej" dwójki, ale z rezultatem godnym laureata Oscara. Uff.
Bond jest taki jakim lubię go najbardziej: cyniczny, kompetentny i dowcipny…I choć uwielbiam "Skyfall" to wolę oglądać Jamesa w formie jaką prezentuje w "Spectre". Co prawda nie używa tylu gadżetów co Bond-Brosnan i nie jest tak niezniszczalny, ale przynajmniej samochodu żaden z poprzedników by się nie powstydził, a i w walce nie pozostaje w tyle ani na moment. Garnitur leży  w dalszym ciągu doskonale, a nabyte przed 9 laty na potrzeby "Casino Royale" 8 kg mięśni wydaje się być nadal na swoim miejscu, nadal sprężyste. Przy czym o ile wiek Bonda pozostaje bliżej nieokreślony to wiek Creiga jest pewny i wynosi 47 lat. W "Spectre" mogłabym się przyczepiać do słabej interakcji z ekranową partnerkom, ale nie będę.
Rozumiem ideę zmiany charakteru serii zapoczątkowaną wraz z "Casino Royale", nadającą ciężkości i realizmu, ale powrót (bo tak to odbieram) do większej dawki nonszalancji i uśmiech do części powstałych w latach 90, moim zdaniem, dobrze zrobił poważnemu do tej pory Bondowi Daniela Craiga. Jemu samemu dając możliwość, w pewnym sensie, zagrać nowego 007 i sprawdzić się w innej narracji.  Nie porzucając jeszcze jego wątku: przypominam sobie moment kiedy Daniel Craige został przedstawiony jako nowy odtwórca znanego na całym świecie agenta i jak liczne głosy sprzeciwu były z tym związane, o naleganiach fanów by decyzja została cofnięta nie wspominając… Tymczasem wystarczyły pierwsze minuty "Casino Royale" by zdać sobie sprawę z obsadowego strzału w dziesiątkę i teraz kiedy rozdział "Bond" na koncie Craiga został zamknięty… w eterze rozbrzmiewa żal.
Pozostali aktorzy:
Monica Bellucci - jej postać wydaje się być "na doczepkę". Rozumiem, że mocne nazwisko w temacie pod tytułem "kobiety Bonda" się przydaje, ale ten konkretny epizod specjalnie nic nie wnosił, a i sama Bellucci jakoś nie powalała swoją legendarną kobiecą charyzmą. Nie było to całkowicie pozbawione sensu, ale gdyby trochę nad tym popracować, jeszcze na etapie scenariusza - byłoby pewnie ciekawiej.
Naomie Harris - lubię jej Moneypenny.
Ralph Fiennes. Jestem fanką postaci M i moją ulubioną odtwórczynią pozostaje ulubiona Judi Dench (jest mistrzynią chwilówek na ekranie, nie bez kozery ma na koncie Oscara za 4 minutową rolę!), ale Fiennes ze swoją "brytyjskością" i talentem zupełnie mi nie przeszkadza. Choć trudno mi w tej chwili myśleć o nim w roli M - ostatnio obejrzeliśmy z P. "Listę Schindlera" i teraz znowu na chwilę Ralph Fiennes ma twarz wiadomo kogo ( a jak nie wiadomo to: człowieku! zobacz "Listę Schindlera"!)
Ben Whishaw - uroczy Q. Jeszcze bardziej uroczy niż w Skyfall, z jeszcze bardziej rozbudowaną rolą. I dobrze bo to świetny aktor.
Christoph Waltz - przepadam za nim od czasu "Bękartów", niestety tym razem mnie trochę rozczarował. Zagrał poprawnie, ale jakby bez pomysłu i to niekoniecznie własnego, chodzi mi raczej o poprowadzenie reżyserskie. A może z sympatii szukam usprawiedliwienia, a prawda jest taka, że role "tego złego" tak częste w jego karierze odgrywane są już z jakąś manierą i bez entuzjazmu?
Lea Seydoux- starała się, naprawdę się starała i chciałabym napisać, że sprawę położył tylko zupełny brak chemii między nią, a ekranowym partnerem, ale podczas seansu uparcie powracała do mnie myśl, że ktoś inny zagrałby to lepiej.


W kwestii efektów specjalnych napiszę tylko: kunszt i efektowność. I te słowa pasują również do określenia scenografii. James Bond całkiem sporo podróżował i to w piękne miejsca, które zestawiały sobą nowoczesność i staroświeckość, w idealnych dla mnie proporcjach.

I wreszcie docieram do oprawy muzycznej. Thomas Newman - decyzja o podjęciu współpracy z tym kompozytorem była słuszna, muzyka była adekwatna i stanowiła ciekawe tło. Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o wyborze autora/wykonawcy głównego utworu promującego film. Sam Smith, a raczej jego "Writing on the Wall" kompletnie nie przypadło mi do gustu. Moim zdaniem ma się nijak do porywającego "Skyfall" w wykonaniu Adele. Oboje z P. stwierdziliśmy jednak, że podczas czołówki (ta nazwa nie należy do moich ulubionych, ale chwilowo nie przychodzi mi do głowy inna) "Writing on the Wall" nie przeszkadzała. Nie przeszkadzała świetnej sekwencji obrazów, z jakich słyną już czołówki (ciągle sobie nie przypomniałam) filmów o 007.

Podsumowując: oby kolejne odsłony utrzymały poziom "Spectre" tak jak "Spectre" utrzymało poziom swoich poprzedników. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, ale życzę powodzenia decydującym o wyborze "nowego Bonda", a "nowemu Bondowi" współczuję presji z jaką bez wątpienia będzie musiał się zmierzyć po świetnym Bondzie-Craigu, że nie wspomnę o innych.

POZDRAWIAM  






czwartek, 3 grudnia 2015

THANKSGIVING DAY

Tegoroczne święto Dziękczynienia jest trzecim na moim emigracyjnym koncie. Kolejny raz tradycji stało się zadość i kulminacyjnym punktem dnia był świąteczny obiad z pieczonym indykiem, a jak! Jeśli chodzi o tradycyjne menu, to na naszym stole, pieczonemu przez 7 godzin indykowi, towarzyszyły  "cranberry sauce" i "mashed potateos" ("pumpkin pie" nie wchodzi w grę bo nie przepadam za smakiem dyni). Indyk był przepyszny, z ekologicznej hodowli. Jedynym problemem okazał się brak specjalnego "miernika temperatury"umieszczanego w indykach, który kiedy indyk jest gotowy i w całości upieczony po prostu "wyskakuje". Rozpoczęło się więc gorączkowe poszukiwanie termometru kuchennego, które zakończone w końcu sukcesem pozwoliło nam zasiadać do stołu.     Inne, kolejne potrawy pochodzą z gamy ulubionych i uznawanych za świąteczne, ale niekoniecznie z kuchni amerykańskiej  - w moim przypadku nie mogło zabraknąć sałatki jarzynowej, której ilości, w moim wykonaniu, znowu nie powstydziłaby się matka pięciorga dorastających synów (sama nie wiem jak to się dzieje, ale kroje, kroje i nagle orientuje się, że potrzebna jest druga miska). Nie wiem czy to częste zjawisko, ale ja w takie świąteczne dni do świątecznego stołu zasiadam zawsze wściekle głodna. W ferworze przygotowań dosłownie zapominam o jedzeniu i nie ważne, że większość moich poczynań rozgrywa się w kuchni… 

Bardzo szanuję amerykańską kulturę i historię za Thanksgiving Day. To święto w moim odczuciu,  swoim przesłaniem łączy ludzi różnych religii, różnych poglądów i różnych narodowości - wspaniała odmiana w obliczu cywilizacyjnego talentu do różnienia się w najdrobniejszych kwestiach. Tego dnia w gronie najbliższych, bądź nieco szerszym, dziękuje się za całe dobro i wszelkie obfitości w naszym życiu. Prawda, że bardzo pozytywnie?:) 
Myślę sobie, że to też trochę obrazuje amerykańską mentalność, na tle której polska skłonność do narzekania wypada niestety kiepsko. Amerykanie mają to do siebie, że potrafią być wdzięczni, cieszyć się z tego co mają (oczywiście generalizuje strasznie), z kolei nam Polakom trochę tego brakuje - niestety wolimy w pierwszej kolejności wyliczyć wszystko to czego jeszcze nie mamy. 

Historia Thanksgiving Day, jeśli wierzyć przekazom, rozpoczęła się 1620 roku wraz z pojawieniem się pielgrzymów z Anglii. Zdziesiątkowani przez głód i choroby wywołane ostrą zimą, rok później już po pierwszych obfitych zbiorach i z nowymi umiejętnościami, czując olbrzymią wdzięczność za tak bardzo oczekiwaną odmianę losu, postanawiają urządzić wspaniałą ucztę. Bardzo istotnym w tej historii pozostaje fakt, iż w Nowym Świecie przybyszom pomagają rdzenni mieszkańcy czyli Indianie, którzy dzielą się swoją wiedzą na temat uprawy kukurydzy oraz prowadzenia skutecznych polowań na zwierzynę. Pielgrzymi natomiast doceniając to wsparcie, pomni wielu problemów z którymi na początku musieli się borykać, zapraszają Indian do wspólnego stołu, na trzydniową ucztę. Razem obchodzą pierwsze Święto Dziękczynienia. Później niestety różnie to bywało z wzajemnymi relacjami Indian i kolonizatorów Nowego Świata, ale ta jedna z wcześniejszych, historia o wzajemnej pomocy, szacunku i wdzięczności za to co się otrzymało jest naprawdę piękna. 
Historia Święta Dziękczynienia zawiera oczywiście znacznie więcej szczegółów, nazw i związków przyczynowo-skutkowych - jest dla lubiących historię bardzo ciekawa i polecam zapoznanie się z nią. Mam jednak nadzieję, że w tych kilku zdaniach powyżej, zdołałam przedstawić jej istotę. 



Wiem, zdjęcie winno przedstawiać indyka przed podjęciem konsumpcji , ale jak już wspomniałam wcześniej , byłam baaardzo głodna (właściwie wszyscy byliśmy) i o aparacie przypomniałam sobie kiedy z indyka już niewiele zostało…