piątek, 6 listopada 2015

O HALLOWEEN PO HALLOWEEN

Dopiero co "straszyły" pierwsze sztuczne wiedźmy, a tu już po Halloween i w sklepach dominują wielkie napisy "sale" umożliwiające zaopatrzenie się po kosztach w znacznie przecenione plastikowe dynie, maski, kostiumy, liczne podobizny straszydeł i inne "ozdoby" na przyszłoroczne obchody (i specjalnie pakowane słodycze, przydatne ciągle). 
 Nie będę tu negowała zasadności istnienia tego święta w amerykańskim kalendarzu czy krytykowała za mieliznę komercyjności w jakiej osiadło. Z przekonania nie lubię przypinać wszystkiemu łatki "komercyjne" i zgodnie z poprawnością "polityczną" kwestionować. Nie chce też odnosić się do genezy powstania i związanej z tym nieprzychylności religijnej. Wolę patrzeć przez pryzmat pozytywów wprowadzających zabawę i kreatywność - tak to się wszystko ukształtowało, tak potoczyło i w naszej teraźniejszości (szeroko pojętej) funkcjonuje Halloween. Nie warto zatem tracić energii na mało konstruktywne krytykowanie, lepiej poszukać w tym czegoś dla siebie, "uszlachetniać" lub po prostu zignorować. 
Czy ktoś pamięta "Roseanne" czyli serialową rodzinę Conner? Ten sitcom to niemal definicja typowej amerykańskiej rodziny (lat 80 i 90) z typowymi zwyczajami i problemami, a Halloween było "u nich" obchodzone z uwzględnieniem wszystkich symboli i elementów, wliczając spektakularne "halloween pranks". Dla mnie - jedno z pierwszych źródeł wiedzy na temat Halloween właśnie.      

Osobiście nie mam jednak wątpliwości, że zdecydowanie brakuje mi w tych dniach atmosfery Wszystkich Świętych obchodzonych w Polsce. Duchowy wymiar tego święta, jego zaduma i towarzysząca często refleksja są dla mnie daleko bardziej wartościowe. Zgodnie jednak z tym co stwierdziliśmy ostatnio w gronie amerykańsko-polsko-meksykańskim teraz mieszkam w Stanach, tutaj  o odwiedzaniu grobów i zapalaniu zniczy nawet nie słyszeli, za to panują inne zwyczaje i dobrze jest to zaakceptować (nie mylić z koniecznością uczestnictwa wbrew woli - każdy ma prawo wyboru oczywiście). Meksykańska część moich rozmówców czyli pochodzący z Meksyku Rogelio z niejakim poruszeniem przyznał, że po wielu latach emigracji, po tym jak wiele możliwości dzięki temu otrzymał  z całym przekonaniem uważa, iż jego powinnością i wyrazem wdzięczności jest zrozumienie dla zastanej tu tradycji i szacunek dla niej. Łatwo również wnioskować, że na fali emigracyjnych pozytywnych wrażeń naturalnym jest stopniowe przyjmowanie zwyczajów otoczenia, o których wprowadzeniu do swojego życia Rogelio mówił również. Z drugiej strony amerykanie nikogo do niczego nie zmuszają, są przyzwyczajeni do multikulturowości swojego kraju od początku jego istnienia i w takich warunkach osiągnęli swój emigracyjny sukces.   
Wracając jeszcze do mojego prywatnego odniesienia: podobnie jak kolega z Meksyku będę starała się/staram się nie zapominać o własnych korzeniach kulturowych i religijnych, w miarę możliwości wprowadzać je w przestrzeń mojej rodziny, ale bez narzucania i niewłaściwych oczekiwań, a jeśli kiedyś moje dziecko będzie się chciało przebrać i wybrać do sąsiadów z plastikową dynią na słodycze to pójdziemy.