I znowu jesteśmy w "polskiej dzielnicy". Tym razem Greenpoint przyjmuje nas zdecydowanie lepszą pogodą. Szkoda tylko, że po raz kolejny goni nas czas i nie możemy zajrzeć do wszystkich interesujących miejsc. Jak zwykle: następnym razem…
Jedliśmy tu, bardzo miło wspominamy i z pewnością chętnie wrócimy. Dania oczywiście z kuchni polskiej, świetnie przyrządzone, miła obsługa i wielu klientów wielu narodowości.
W tej księgarni byłam po raz pierwszy. Jest kameralna. Do kupienia są również książki starsze, używane i za to należy cenić takie miejsca przede wszystkim. Niestety nie mogę napisać o bogatym wyborze, choć zdarzają się "perełki".
Zabieg informacyjno-marketingowy? Poziom chyba zbyt mocno zaawansowany.
Do piekarni wpadamy zawsze będąc na Greenpoint. Pieczywo amerykańskie to dla mnie ciężki temat do zgryzienia.
Nie wszystkie interesy się kręcą. Niestety sporo rodaków zamyka sklepy lub w najlepszym przypadku je przenosi. Mówi się o sporej migracji Polaków w inne rejony miasta czy w ogóle w inne miejsca. Oczywiście chodzi między innymi o pieniądze - coraz większe koszta skutecznie sprzyjają przeprowadzką. I bliska odległością Manhattanu nie pozostaje bez wpływu - np. wielu dotychczasowych jego mieszkańców decyduje się kupić czy wynająć tańsze mieszkanie w którymś z nowo wybudowanych apartamentowców na Greenpoincie i do pracy dojeżdżać. Pojawiają się coraz liczniejsi reprezentanci innych narodowości wypierając dotychczasowych stałych.
Będąc w tym sklepie mam wrażenie jakbym cofnęła się o jakieś co najmniej 15 lat wstecz - atmosfera doprawdy małomiasteczkowego sklepu spożywczego w stylu "supersam". Te wiszące kiełbasy, ten towar wystawiony gdzie się da byleby człowiek się mógł przecisnąć, lada zastawiona po same brzegi, te wiadra z ogórkami małosolnymi czy kapustą kiszoną…Ach wspomnień czar.
Obsługują sami uprzejmi młodzi Panowie, a ten przy kasie fiskalnej każdorazowo wprawia mnie w osłupienie szybkością nabijania kolejnych produktów na paragon.
Jeszcze jeden polski akcent: nad półkami z pieczywem zawisł imponujących rozmiarów napis "TAK, CHLEB JEST ŚWIEŻY!" - to chyba również nasza polska przypadłość czy zwyczaj, uważam całkiem dobry bo muszę przyznać, że chwilę wcześniej byłam właśnie w piekarni i zadałam to pytanie: "a chleb dzisiejszy?"…Panowie sprzedawcy muszą się już jednak trochę irytować tym bardziej, że na moje "oj to chyba często ludzie pytali" i wskazanie napisu odpowiedzieli z rozbrajająco zrezygnowaną miną "nadal jeszcze pytają".
To w końcu, mimo małomiasteczkowego klimatu, ciągle New York City i metro musi być!
A to już wnętrze mojej ulubionej księgarni w której nie mogę się nie zatrzymać. Dobrze zaopatrzona w nowości wydawnicze, w polską prasę i nie tylko. Problem mojej pragmatycznej natury jest tylko jeden…CENY! Ciągle jeszcze przeliczam na złotówki jeśli idzie o książki, kupuje i tak, ale jak sobie pomyśle, że płacę np. 25$ za książkę, którą w Polsce mogłabym kupić za 25, ale złotych i mieć jeszcze ze dwie dodatkowe…mózg boli.
Popularna "Biedronka" jest i na Greenpoincie.
Co prawda rozmiar lokalu nie pozwala zaszaleć, ale i tak wszystko jest, w moim odczuciu, jak przystało na sieć z owadem w szyldzie. Co prawda tutejsza biedronka się promiennie nie uśmiecha do klienta jak te w Polsce, ale śmiało można powtórzyć "codziennie niskie ceny".
Po sklepie spaceruje kot, jak zostałam poinformowana to lokalowa maskotka z pełnym prawem uczęszczania na trasach między gęsto wyłożonymi towarem regałami - taka może trochę mało higieniczna ciekawostka, ale sam kot o higienę własną dba, o tak! Sami z P. widzieliśmy jak przed lodówką z nabiałem zastygł w charakterystycznej pozie czyszcząc futro…
Tak zwana lada stoi na sporym podwyższeniu i nie dość, że klient ma co robić z przedłożeniem zapakowanego koszyka sprzedawcy do podliczenia (a to te na kółkach, więc pojemne) to dodatkowo ciśnie się na usta "i jeszcze ten zbożowy batonik wysoki sądzie" (a kogo ja chcę oszukać, MilkyWay brałam bo tutejsze amerykańskie to dla mnie zwykłe "Marsy"). Połowę pary sprzedawców stanowi miły chłopak pochodzenia azjatyckiego jak mniemam, który dzielnie stara się operować, trudnym przecież dla obcokrajowców, językiem polskim. Jak to mówią Ci z których języka nie koniecznie chcę czerpać więcej: szacun.
Taki widok przypomina: jesteś w NYC.
Taksówki są zielone bo to Brooklyn, a od kilku już lat żółte zarezerwowane są wyłącznie dla Manhattanu.
Pozdrawiam
SK

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz