Chyba każdy kto doświadczył emigracji przyzna, że nie wszystkie zwyczaje "tubylców"są dla niego uzasadnione. Oczywiście w różnym stopniu. Innego poziomu zrozumienia będą oczekiwały od nas zwyczaje amerykanów, a innego zwyczaje mieszkańców np. Azji.
Jednym z takich amerykańskich "przyzwyczajeń", które trudno mi pojąć jest olbrzymia popularność jaką cieszą się pralnie publiczne. Wiem, nie tylko amerykanie korzystają z tego typu rozwiązania, a i w Polsce np. w co drugim szanującym się centrum handlowym działa pralnia, ale czy z taką samą intensywnością czy profilem usług? Z pewnością nie (no może zdarzają się pojedyncze przypadki). Nie mam wystarczających informacji odnośnie innych państw, ale również w ich przypadku nie wydaje mi się żeby to działało na taką skalę jak w USA. Tutaj sprawa wygląda tak: pralnie występują z olbrzymią częstotliwością, koszt to około 2,75$ za regularne pranie (jest to jednak zróżnicowane w zależności od miejsca i sposobu naliczania opłaty) - i to były plusy. Teraz napisze o tym co mnie zmotywowało do napisania tego postu (choć refleksje na ten temat miałam już wcześniej), mianowicie w trakcie jazdy samochodem w niedzielne popołudnie dostrzegłam idącą poboczem, a właściwie brodzącą w śniegu kobietę, ciągnącą za sobą wózek, którego zawartość stanowiła duża ilość prania… Niech mi ktoś wytłumaczy dlaczego zamiast umiejscowić niezbędny sprzęt w swoim miejscu zamieszkania, amerykanie wolą korzystać z pralni publicznych, co jak sama nazwa wskazuje wiąże się z praniem swoich rzeczy w bębnach, które mówiąc kolokwialnie, nie jedne gacie już widziały…. Na tą czynność trzeba poświęcić też czas, który w przypadku posiadania w mieszkaniu pralki możemy spędzić na własnej sofie zamiast na krzesełku w pralni (chociaż może jest to dla niektórych jedyny czas kiedy mogą w spokoju poczytać lub posłuchać muzyki ponieważ w domu zawsze jest coś do zrobienia). Próbował mi to wytłumaczyć P., który wynajmuje mieszkania (z moich obserwacji wynika iż pralnie są w większości domeną mieszkańców wynajmowanych mieszkań) i jego najemcy również korzystają z pralni. Argumentował to kwestiami instalacji wodnych i elektrycznych, siłą przyzwyczajenia, opłacalności itd. Osobiście przekonana jednak ciągle nie jestem.
Jest jednak coś co przyswoiłam sobie tutaj z prędkością światła w odniesieniu do tej koniecznej domowej czynności jaką jest pranie…i teraz dziwie się, że w Polsce nie jest to tak "normalne" jak tutaj.
Mianowicie SUSZARKA. Jedno słowo i wszystkie panie/panowie domu wiedzą o co chodzi:)
W tych mieszkaniach czy domach, w których nie korzysta się z pralni normalną rzeczą jest posiadanie pralki wraz z suszarką. Nie ma żadnych "linek", suszarek "analogowych" rozstawianych po kontach z wyginającymi się drutami, z praniem schnącym zimą dwa dni - nic z tych rzeczy. Mokre pranie z pralki trafia do stojącej obok suszarki, a z niej po jakiejś godzinie (mniej lub więcej) do szafy - jest to jedna z rzeczy, które uprzyjemniły mi emigracje :p W Polsce nie miałam nawet miejsca żeby zainstalować tego sprzętu, że nie wspomnę o tym, że w cenie pralki koszt takiego ułatwienia się nie mieści…


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz