Tegoroczne święto Dziękczynienia jest trzecim na moim emigracyjnym koncie. Kolejny raz tradycji stało się zadość i kulminacyjnym punktem dnia był świąteczny obiad z pieczonym indykiem, a jak! Jeśli chodzi o tradycyjne menu, to na naszym stole, pieczonemu przez 7 godzin indykowi, towarzyszyły "cranberry sauce" i "mashed potateos" ("pumpkin pie" nie wchodzi w grę bo nie przepadam za smakiem dyni). Indyk był przepyszny, z ekologicznej hodowli. Jedynym problemem okazał się brak specjalnego "miernika temperatury"umieszczanego w indykach, który kiedy indyk jest gotowy i w całości upieczony po prostu "wyskakuje". Rozpoczęło się więc gorączkowe poszukiwanie termometru kuchennego, które zakończone w końcu sukcesem pozwoliło nam zasiadać do stołu. Inne, kolejne potrawy pochodzą z gamy ulubionych i uznawanych za świąteczne, ale niekoniecznie z kuchni amerykańskiej - w moim przypadku nie mogło zabraknąć sałatki jarzynowej, której ilości, w moim wykonaniu, znowu nie powstydziłaby się matka pięciorga dorastających synów (sama nie wiem jak to się dzieje, ale kroje, kroje i nagle orientuje się, że potrzebna jest druga miska). Nie wiem czy to częste zjawisko, ale ja w takie świąteczne dni do świątecznego stołu zasiadam zawsze wściekle głodna. W ferworze przygotowań dosłownie zapominam o jedzeniu i nie ważne, że większość moich poczynań rozgrywa się w kuchni…
Bardzo szanuję amerykańską kulturę i historię za Thanksgiving Day. To święto w moim odczuciu, swoim przesłaniem łączy ludzi różnych religii, różnych poglądów i różnych narodowości - wspaniała odmiana w obliczu cywilizacyjnego talentu do różnienia się w najdrobniejszych kwestiach. Tego dnia w gronie najbliższych, bądź nieco szerszym, dziękuje się za całe dobro i wszelkie obfitości w naszym życiu. Prawda, że bardzo pozytywnie?:)
Myślę sobie, że to też trochę obrazuje amerykańską mentalność, na tle której polska skłonność do narzekania wypada niestety kiepsko. Amerykanie mają to do siebie, że potrafią być wdzięczni, cieszyć się z tego co mają (oczywiście generalizuje strasznie), z kolei nam Polakom trochę tego brakuje - niestety wolimy w pierwszej kolejności wyliczyć wszystko to czego jeszcze nie mamy.
Historia Thanksgiving Day, jeśli wierzyć przekazom, rozpoczęła się 1620 roku wraz z pojawieniem się pielgrzymów z Anglii. Zdziesiątkowani przez głód i choroby wywołane ostrą zimą, rok później już po pierwszych obfitych zbiorach i z nowymi umiejętnościami, czując olbrzymią wdzięczność za tak bardzo oczekiwaną odmianę losu, postanawiają urządzić wspaniałą ucztę. Bardzo istotnym w tej historii pozostaje fakt, iż w Nowym Świecie przybyszom pomagają rdzenni mieszkańcy czyli Indianie, którzy dzielą się swoją wiedzą na temat uprawy kukurydzy oraz prowadzenia skutecznych polowań na zwierzynę. Pielgrzymi natomiast doceniając to wsparcie, pomni wielu problemów z którymi na początku musieli się borykać, zapraszają Indian do wspólnego stołu, na trzydniową ucztę. Razem obchodzą pierwsze Święto Dziękczynienia. Później niestety różnie to bywało z wzajemnymi relacjami Indian i kolonizatorów Nowego Świata, ale ta jedna z wcześniejszych, historia o wzajemnej pomocy, szacunku i wdzięczności za to co się otrzymało jest naprawdę piękna.
Historia Święta Dziękczynienia zawiera oczywiście znacznie więcej szczegółów, nazw i związków przyczynowo-skutkowych - jest dla lubiących historię bardzo ciekawa i polecam zapoznanie się z nią. Mam jednak nadzieję, że w tych kilku zdaniach powyżej, zdołałam przedstawić jej istotę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz