Tak sobie myślę, że wcześniej nie doceniałam należycie jesieni…Kojarzyła mi się głównie z chandrą po zakończeniu lata i opadami nieprzyjemnego deszczu. Przebarwione liście nie tyle zachwycały swoim nowym kolorytem co na skutek wszechobecnej wilgoci powodowały obawy przed nieciekawą wywrotką na chodniku.
Tymczasem co roku intensywniej odczuwam zachwyt nad piękną złotą jesienią, niestety nie w Polsce, ale tej w wersji amerykańskiej też nic nie brakuje.
Ciągle jeszcze niepoddające się słońce grzeje na spacerach, a otoczenie w postaci prawdziwej ferii barw momentami zapiera dech. Nowojorskie zalesienie i pofalowanie terenu niewątpliwie sprzyja wyjątkowości krajobrazu, a w przypadku zdjęć poniżej - mojemu ulubionemu widokowi na Mid-Hudson Bridge dodaje nieopisanego uroku.
Nie odmawiam sobie co prawda umiejętności dostrzegania czy raczej powinnam napisać - wrażliwości na piękno natury, ale mój zachwyt nie przekłada się specjalnie na kwadranse czy chociaż minuty kontemplacji. Jednakże czytam właśnie książkę, której akcja dzieje się w czasach upadku kolonializmu w XVIIIw., na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych (w Karolinie Północnej), dlatego też częściej tej jesieni zdarza mi się patrzeć na okolicę oczyma wyobraźni, wczuwając w tamte minione, burzliwe lata i przede wszystkim z podziwem dla piękna jesieni…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz