czwartek, 14 maja 2015

THE AGE OF ADELINE

Pewnego pięknego popołudnia, ja i P. trafiliśmy na trailer filmu "The Age of Adeline". Wydał nam się na tyle obiecujący, że film natychmiast trafił na naszą wyimaginowaną listę "do obejrzenia". Z żelazną konsekwencją, a korzystając z dobrodziejstwa przysługującego krajowi z którego film "pochodzi" udaliśmy się do kina w dzień premiery czyli już 24 kwietnia - o ile dobrze sprawdziłam, w Polsce "Wiek Adeline" dla chętnych dostępny będzie od 15 maja (zaczęłam pisać ten post, kiedy do polskiej premiery był jeszcze "szmat czasu"). Czy zaliczamy ten seans do udanych? Tak, ale kiedy przy napisach końcowych zapalono światło, czuliśmy lekki niedosyt. Jakoś tak po kilkukrotnym obejrzeniu zapowiedzi filmu, nastawiliśmy się na coś więcej (często można wpaść w pułapkę dobrze zmontowanego trailera), może nasze oczekiwania były nieco wygórowane… Naszym zdaniem (w przypadku tego filmu odczucia moje i P. są zbieżne) nie wykorzystano do końca potencjału historii, a ta jest dość ciekawa: w wyniku tajemniczego wypadku, tytułowa Adeline przestaje się starzeć - w dźwiganym przez nią bagażu doświadczeń mamy ciągłą ucieczkę przed władzami (z wiadomych powodów), rozdzielenie z najbliższymi, obserwowanie jak się starzeją, ale i  widziane na własne oczy przemiany, mody i wydarzenia minionego, XX wieku. To wszystko bez pojawienia się ani jednego siwego włosa na skroni. Fajnie? No, właśnie nie i Adeline ma już zdecydowanie dość tej dziwnej życiowej banicji. Tym bardziej, że na horyzoncie pojawia się pewien uroczy przystojniak, żeby było ciekawie syn jej dawnej, porzuconej miłości (oczywiście ze względu na przypadłość nieśmiertelności), a co tam, żeby było jeszcze ciekawiej gra go sam Harrison Ford.
W filmie jest kilka elementów, których zestawienie powoduje pozytywny odbiór całości. Dla mnie jednym z nich niewątpliwie jest narracja trzecioosobowa, którą uwielbiam i w filmach i w powieściach. Warta przychylnej oceny jest również obsada - sama Blake Lively moim zdaniem wypada przekonująco jako ponad stulatka w skórze dwudziestodziewięciolatki, z na oko, przynajmniej siedemdziesięcioletnią córką. …Ach, jakie to skomplikowane. Dalej Ellen Burstyn, czyli wspomniana córka - rola-perełka tego filmu, klasa sama w sobie. Michiel Huisman - ten bodajże holenderski aktor był mi prawdę powiedziawszy wcześniej nieznany, nie oglądam/oglądałam "Gry o tron" (uff, odważyłam się to powiedzieć, cóż za kontrowersja) w której grał/gra ani innych produkcji z jego filmografii, a jeśli jednak oglądałam to żadna jego rola nie zapadła mi w pamięci. Trudno mu odmówić męskiego uroku, ale uważam, że na tle absolutnie świetnego Harrisona Forda wypada blado. Między innymi tutaj właśnie mam wątpliwości co to poprowadzenia fabuły, spodziewałabym się czegoś więcej niż tylko wyrzeźbionej klaty (jakkolwiek godnej podziwu) po bohaterze dla którego Adeline chce przestać uciekać. Moim zdaniem rola powinna być bardziej rozbudowana, z większą dawką zróżnicowanych emocji, a nie nastawiona na przedstawienie totalnego zauroczenia godnego 17-nastolatka. Niemniej to zauroczenie/zakochanie/miłość wypada przekonująco w wykonaniu przystojnego Huismana.
Miłość pary, którą dzieli wszystko, wiele, czy chociaż trochę to schemat starszy niż kinematografia, ale  młody reżyser Lee Toland Krieger filmem "The Age of Adeline" koniec końców odświeża wysłużony motyw w sposób udany. 


Jesteśmy pierwsi! Z całych pięciu osób, które przyszły. 



Nasze okoliczne kino. 


Przed seansem można sobie pojeździć. 

Pozdrawiam 
SK


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz