Podziwiam amerykańskich twórców za seriale komediowe/sitcomy właśnie. Za inne produkcje serialowe oczywiście również, trudno nie chylić kapelusza przed np. "House of cards", ale dziś będzie o sitcomach.
Za co cenię:
1. Za pomysł.
Amerykańscy scenarzyści/producenci najczęściej mają w pełni opracowany pomysł i zarys fabuły. Szóstka przyjaciół i ich losy w FRIENDS, nadopiekuńczy i wścibscy rodzice po drugiej stronie ulicy w EVERYBODY LOVES RAYMOND czy zderzenia tak zwanych nerdów z przyziemnymi, banalnymi problemami w THE BIG BANG THEORY. I konsekwencja! Seriale komediowe są prowadzone konsekwentnie, bohaterowie i wątki ewoluują, ale zawsze w ramach raz powziętego pomysłu.
W Polsce współcześnie przypominam sobie dwa dobrze zrealizowane pomysły, ale nie mogę nie wspomnieć przy tym o fakcie, iż są to produkcje na podstawie zagranicznych licencji. Chodzi mi o "MIODOWE LATA"- odpowiednik kultowego amerykańskiego serialu, jeszcze biało czarnego " The Honeymooners" i "NIANIE"- odpowiednika amerykańskiego "The Nanny". W przypadku tego pierwszego, odejście od pierwotnego pomysłu w istocie"położyło" produkcję. Odejście od pomysłu i zbyt duże przerysowanie postaci i ich przygód - już pod koniec pierwszego sezonu (a były to odcinki pisane już tylko na potrzeby polskiej produkcji - zwyczajnie oryginał nie doczekał tak wielu epizodów) kręconego jeszcze w Teatrze Żydowskim (co miało swój nieodparty urok, osobiście przyjemne jest dla mnie to charakterystyczne skrzypienie podłogi) dało się zauważyć zwiększoną absurdalność sytuacji i brak wyważenia postaci. Warta uwagi jest jeszcze może "Rodzinka.pl" i "Ranczo", ale trudno mi się odnieść bo niewiele widziałam.
2. Za scenariusz.
Zawsze dopracowany, najczęściej błyskotliwy. Tutaj aktorzy nie muszą wysilać się żeby jakoś nadrobić braki scenariuszowe jak to najczęściej bywa w polskich produkcjach komediowych czego efektem może być tylko zażenowanie oglądającego. Scenarzyści płynnie prowadzą wątki, po mistrzowsku je łączą i potrafią zachować świeżość produkcji przez wiele sezonów. Nie uciekają się tylko do przysłowiowej skórki od banana w konstruowaniu gagów i wulgarności co jest plagą, moim zdaniem, zbyt dużej ilości polskich komedii ostatnich lat.
3. Za obsadę.
Mogę wymieniać i wymieniać: cała główna obsada FRIENDS - J. ANISTON, C. COX, L.KUDROW, M. LeBLANC, M.PERRY, D. SCHWIMMER, cała obsada EVERYBODY LOVES RAYMOND ze świetnym R.ROMANO w roli Reymonda na czele, żeby było szybciej wymienię jeszcze tylko posiadaczkę ogromnego wdzięku osobistego F.Drescher w "THE NANNY" w roli tytółowej, prawdziwie genialny J.Parsons jako Sheldon Cooper czy Mayim Bialik-Amy z THE BIG BANG THEORY, J. Cryer - Alan z TWO AND A HALF MEN, Jerry Stiller - Arthur Spooner i Kevin James - Doug Heffernan z THE KING OF QUEENS, Eric Stonestreet, Ty Burrell, Julie Bowen kolejno jako Cam Tucker, Phil Dunphy i Claire Dunphy z MODERN FAMILY itd itd
Kompletowanie obsady w wykonaniu amerykańskich producentów jest nastawione na odpowiednią chemię między odtwórcami, na dopasowanie do roli, na możliwościach aktorskich. Rzadziej na zgromadzeniu jak największej liczby NAZWISK w obsadzie, znowu - jak to się często ma w polskich produkcjach. W Stanach wydaje się bardziej liczyć świeżość twarzy aktora niż odtwarzanie podobnych ról w różnych produkcjach przez jednego aktora (jak w przypadku np. Piotra Adamczyka czy Tomasza Karolaka). To produkcja ma kreować nazwiska, nie nazwiska produkcję.
4. Za elementy stałe.
Sheldon Cooper ma swój sposób pukania do drzwi i swoje miejsce na kanapie, Monica Geller obsesje na punkcie sprzątania, Debra Barone często używa słowa "idiot", CC Babcock i Niles prywatną wojnę, Phil Dunphy codziennie chce być ojcem roku itd itd. Amerykańscy (i nie tylko) twórcy już dawno zauważyli, że wprowadzenie takich elementów stałych do charakterystyki postaci lub jako wątek fabuły przywiązuje i wprowadza jakiś rodzaj sentymentu widza do serialu. Najczęściej pamiętamy właśnie te elementy.
Amerykanie naprawdę potrafią kręcić seriale komediowe i za nic nie można odmówić im kunsztu w ich tworzeniu. Utrzymanie stałej widowni przez lata, jak to jest w przypadku wielu produkcji, to prawdziwy sukces (przypominam sobie ile polskich seriali zdjęto z ramówki po zaledwie kilku odcinkach). Moim zdaniem problem w Polsce, jak wspominałam już wcześniej przy okazji "Miodowych Lat", polega głównie na zbyt mocnym przerysowaniu postaci i braku wyważenia serialu. Polscy twórcy, w moim odczuciu, chcą żeby ciągle działo się coś śmiesznego, inwestując często w prostackie rozwiązania, zamiast wprowadzać bardziej subtelne dowcipy, bardziej realistyczne zachowania i konstruować scenariusz z wiarą w inteligencję widzów.
Nie wątpię, że realizacja takiej komediowej produkcji to spory wysiłek, ale niestety o sukcesie przesądza to czy ten wysiłek w rozbawianiu jest na ekranie widoczny.
"Świat według Kiepskich" to dla mnie coś czego nie jestem w stanie obejrzeć, przy całej mojej sympatii do Andrzeja Grabowskiego. Twórcy mieli dobry punk wyjścia (świetny "Married with Children", swego czasu kontrowersyjnie łamiący wiele tabu w amerykańskiej telewizji na temat typowej amerykańskiej rodziny), możliwości żeby zrobić coś wartościowego, ukazującego prawdziwe absurdy życia jakiejś części społeczeństwa w krzywym zwierciadle, ale ciągle nawet brutalnie prawdziwie, tymczasem surrealizm większości odcinków jest dla mnie nie do zniesienia. Podobnie rzecz się ma w przypadku "Daleko od noszy".
Jestem w stanie dostrzec jakieś dobre elementy w różnych polskich "tworach" komediowych (zazwyczaj poszczególne postaci w wykonaniu aktorów z zacięciem komediowym - np. Paweł Wawrzecki, Jacek Braciak), ale kolejny szereg nieudolności (często w postaci marnego scenariusza) przeważa szalę po stronie zniechęcenia do produkcji.
Nie zapominam jednak, że poczucie humoru to sprawa indywidualna i jednych będzie śmieszyło coś, a innych coś innego.
Pozdrawiam :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz