środa, 2 września 2015

O MALOWANIU PAZNOKCI

My kobiety, w większości jak przypuszczam, lubimy mieć pomalowane paznokcie. Od razu, w zależności od rodzaju manikiuru czy koloru lakieru, czujemy się bardziej eleganckie, modne czy szalone. Część z nas po takie uzupełnienie wyglądu dłoni udaje się do salonu kosmetycznego, oddając swoje płytki paznokcia w ręce (oby) sprawnej i doświadczonej manikiurzystki, a część w domowym zaciszu przez lata ćwiczy się w doskonaleniu własnych umiejętności na własnych palcach. I jest to czasem droga wyboista jeśli akurat nie posiadamy jakiś wrodzonych umiejętności manualnych. Sama pamiętam jak wyglądało to u mnie: kilkukrotne malowanie tego samego paznokcia bo ciągle coś było nie tak, lakier na skórkach, których zresztą we wczesnym etapie w ogóle nie wycinałam, a jak zaczęłam to często kończyło się plastrem, a nie lakierem. Ech, pamiętam też moje pierwsze i ostatnie tipsy, minęło prawie 8 lat, a mi się ciągle chce śmiać jak sobie przypomnę chwytanie w nich monet, a że przeżywałam wówczas krótki epizod z pierwszą pracą w…sklepie - co to był za wysiłek żeby te "drobne", złośliwie rzucone na powierzchnię płaską zamiast do ręki, podnieść. Nie ma co - nikt nie zrobi z nas idioty lepiej niż my sami. Z czasem manikiur i techniki jego wykonania zmieniły się zdecydowanie na korzyść dla naszych paznokci i pewnie teraz nie skończyłabym na przedwczesnym odklejaniu plastiku przeklinając własną głupotę, ale jakoś od lat wolę polegać na naturze i sobie samej. Tym bardziej, że nie dotyczy mnie rozdwajanie płytki, paznokcie rosną jak szalone i mają zadowalający kształt.

Mój manikiur: 

1. Piłowanie i polerowanie.
Wiem, że należy piłować paznokcie w jednym kierunku, wiem, próbowałam, ale niestety nie potrafię pozbyć się nawyku ruchu piły do drewna. Do uzyskania odpowiedniego efektu używam polerki, którą poza wypolerowaniem wierzchniej płytki paznokcia stosuję również do wygładzenia jej brzegów.
Już dawno przestałam mieć bzika na punkcie dłuuugich paznokci i najczęściej teraz wybieram kształt "zaokrąglonego kwadratu", ale w wersji krótkiej. Ot, wygodniej i nie mniej elegancko moim zdaniem.
2. Wycinanie skórek.
Co to była za rzeźnia, kiedy na początku zaczęłam wycinać je "za daleko", okropność bo zamiast malowaniem byłam zajęta tamowaniem mini krwotoku z kilku palców. Udałam się więc do kosmetyczki czego efektem było jedynie to, że wówczas to kosmetyczka była zajęta przyciskaniem waciku i tamowaniem.
Teraz znam już dobrze granice moich skórek, a wyposażona w specjalny drewniany patyczek, płyn do zmiękczania tych delikatnych okolic paznokcia i naprawdę ostre cążki (to najważniejsze) radzę sobie z tym elementem należcie, a co ważniejsze bez rozlewu krwi i bez zaczerwienień.
3. Base Coat.
Nakładam na odtłuszczoną wcześniej płytkę paznokcia.
4. Lakier 
I ten punkt jest najważniejszy. Od właściwego pomalowania paznokci zależy czy zdecydowanie chętniej będziemy gestykulować i wskazywać coś palcem czy raczej chować dłonie po kieszeniach.
Lakier nakładam z odpowiednią jego ilością na pędzelku, zaczynam od środka paznokcia i rozprowadzam w górę i w dół uważając na zostawienie dystansu od skóry (mniejszego lub większego w zależności od wprawy). Dzięki temu optycznie poprawiam jeszcze kształt paznokcia i unikam zapaćkanej skóry dookoła.
Jako nastolatka byłam przekonana, że każdy fragment płytki paznokcia musi być pokryty lakierem. Z takim przekonaniem nie można ustrzec się przed lakierem na skórze dookoła paznokcia, zwłaszcza przy malowaniu lewą ręką. Pomagałam sobie patyczkiem kosmetycznym i zmywaczem, ale i tak moim patentem było mycie naczyń następnego dnia, dzięki czemu lakier znikał ze skóry i … niestety szybciej z paznokci (!?).
Zależnie od krycia lakieru nakładam drugą cienką warstwę i odczekuję chwilę przed kolejnym krokiem.
5. Top Coat. 
Nakładam cienką warstwę na lakier, nie zapominając o brzegach na których najczęściej dochodzi do odprysków.
6. Schnięcie. 
Czy któraś z nas nie ma wspomnienia, chociaż jednego, pod tytułem: pomalowałam paznokcie, myślałam, że już wyschły, a i tak odcisnęła się np. pościel po tym jak malowałam wieczorem dzień wcześniej. Nie raz mnie to spotkało i strasznie wkurzało.
Teraz wyposażone w dobry Top Coat mamy znacznie sprawę ułatwioną, ale przydałoby się coś jeszcze żeby uniknąć długiego czasu czekania i uważania na wszystko… Moim sposobem jest miseczka z zimną wodą i lodem. Po upływie dobrej chwili od nałożenia ostatniej warstwy na paznokcie, wkładam (oczywiście uważając na kostki lodu) palce do miseczki i tyle czasu ile jestem w stanie wytrzymać przed odmrożeniem, je tam trzymam. Powtarzam czynność na zmianę z drugą ręką. Rezultatem, o ile nie przesadziłam z warstwami, jest całkiem suchy lakier i nawet zapinanie guzika w spodniach nie jest mi straszne.


Moją ulubioną marką lakieru jest w tej chwili OPI, ale nie ukrywam, że dopiero od czasu przeprowadzki do US. Przyczyna oczywiście banalna: cena tych lakierów w Polsce. Prawie 50zł za buteleczkę lakieru to zdecydowanie za dużo do przełknięcia dla pragmatycznej strony mojej natury. Co innego tutaj gdzie za buteleczkę w cenie regularnej płaci się około 8-9$, a często można je spotkać w cenie 3 - 4$ na różnych promocjach i w wybranych sklepach gdzie w tej niższej cenie na stałe, w bardzo dużej palecie barw, są oferowane. 
Dlaczego najczęściej wybieram właśnie ten lakier? Z kilku powodów. Na początku zachłysnęłam się ceną: "kurde, te lakiery są tu takie tanie?! biorę!" - sądzę, że to ciągle ma jakiś wpływ. Ale najważniejszy pozostaje fakt, iż bardzo odpowiada mi ich trwałość. Przy zastosowaniu się do powyżej wymienionych kroków, mogę śmiało liczyć na przynajmniej 5 dni efektu. 

Pozdrawiam 
SK

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz