czwartek, 19 marca 2015

ZDOBYCZE

Po dłuższej przerwie odwiedziłam GOODWILL. Jaką satysfakcję sprawia wyszukanie i kupienie za przysłowiowe grosze (w tej szerokości geograficznej za centy i dolary) rzeczy, które normalnie kosztują znacznie więcej? Mnie dużą. Lubie szperać na wszelkiego rodzaju pchlich targach, w antykwariatach, czy właśnie w GOODWILL. A pod tym względem Ameryka, drogi czytelniku, jest jak plaża z 30 stopniowym upałem dla lubiących się opalać. Cieszą poszukiwania,  moment kiedy znajdujemy coś czego nijak nie mogliśmy się spodziewać,  potem ta chwila kiedy widzimy metkę z ceną, ale mnie osobiście cieszy coś jeszcze…Mianowicie to, że niektóre kupione przeze mnie przedmioty dostają tym samym drugie życie, głównie książki, które znowu dumnie stoją na półkach i napawają zadowoleniem moje oczy:) Cieszę się teraz z moich najnowszych zdobyczy. 
Nie będę pisać o każdych zakupach, które poczyniłam bo i po co, ale  udanym "polowaniem na okazję" się pochwalę…

Przedtem jednak dwie dygresje. 

Dygresja #1
Przy okazji tematyki tego posta chciałabym wspomnieć, choć to temat zdecydowanie na dłuższą rozprawę, o pewnych zwyczajach mieszkańców USA. Jak przystało na kraj o długich kapitalistycznych, wolnorynkowych tradycjach wypracowane zostały mechanizmy handlowe, pewne prawa konsumenta czy możliwości sprzedaży i zakupu. I tak (w telegraficznym skrócie i dużym uproszczeniu - co ja piszę - kolosalnym, wielgachnym uproszczeniu!): mamy prawo oddać każdą zakupioną rzecz (jest to uwarunkowane w jakiś sposób przez dany sklep, ale jednak) i to często nawet po otwarciu czy nie posiadając paragonu; do dyspozycji jest obszerny wachlarz proponowanych obniżek, wyprzedaży, dni typu "Black Friday" czyli minimum "50% off"(normalne i częste są także  przeceny znacznie większe, nawet do "90%off" - nie jakieś tam marne -10% czy -15%, żadną szanującą się Peggy nie ruszyłoby to z kanapy); outlet-y proponujące najdroższe marki, w tym i luksusowe, za (stosunkowo) naprawdę niskie ceny (że pozwolę sobie przywołać ogromne miasteczko outlet-owe Woodbury, gdzie ludzie przyjeżdżają na zakupy z pustymi walizkami po to żeby je do pękania szwów przy zamkach, wypełnić czym się da), wreszcie tzw. "garage sale", których idea jest moim zdaniem świetna - pozbądźmy się/sprzedajmy to co nam się już nie przyda lub co stoi niewykorzystane (w najbliższym sezonie ja i P. również planujemy). Sprawa tutaj niezwykle popularna.   

Dygresja #2
Czasem zdarza się tak, że widujemy kogoś od czasu do czasu w jakimś miejscu. I, nie chcę mówić, że oceniamy tę osobę przez pryzmat wyglądu bo to nieładnie, ale odnosimy pewne, mimowolne wrażenie.   A potem, czasem zdarza się tak, że mamy okazję z tym kimś chwilę porozmawiać, zamienić choćby parę słów i wraz z nimi całe nasze poprzednie wrażenie wyparowuje… zostaje zastąpione nowym, tym razem właściwym:) Spotkało mnie to właśnie podczas ostatniej wizyty w Goodwill, przy okazji płacenia i pakowania wybranych rzeczy. Obsługująca nas starsza Pani, dotąd sprawiająca wrażenie  poważnej i mało kontaktowej (kojarzyła się Nam również z bardzo długimi włosami, które zawijała na głowie przy pomocy patyczka z chińskiej restauracji) okazała się być niezwykle ciepłą i uśmiechniętą osobą, do tego bardzo ciekawą rozmówczynią. Hinduska, urodzona na Jamajce, która zjeździła kawał świata… Jasne jest, że Ameryka to kraj wielu narodowości i barwnych kultur- to temat znowu na dłuższą rozprawę i może kiedyś ją podejmę, ale tymczasem cieszę się ze spotkania tej nietuzinkowej postaci:) Co było pretekstem do konwersacji? No oczywiście jak tylko, mówiąc kolokwialnie, gębę rozciapierzę to zaraz pada pytanie: "ooo where are you from?. Dlaczego? To chyba oczywiste: akcent. Już się do tego przyzwyczaiłam. Tym bardziej, kiedy wynikają z tego naprawdę miłe rozmowy.  
      
A teraz to co upolowałam: 


Drewniana tabliczka. Co tu dużo mówić, biorą mnie ostatnio takie napisy…Na emigracji drastycznie wzrasta w człowieku poziom sentymentalizmu :D 


No i czysto funkcjonalne rzeczy - sylikonowe foremki do pieczenia. Nowe, które dopiero co wydostałam z opakowania. Coś co w kuchni cenie bardzo bo nie wiem dlaczego, ale ilekroć wyjmuje wypieczone ciasto z metalowej foremki, mimo wcześniejszego natłuszczenia, okazuje się, że jakaś część przywarła…


I znowu ukłon w kierunku funkcjonalności, bo taką cechę przypisuje ramką na zdjęcia. Nowa i zapewniam - ciekawiej wygląda na żywo. 


Pięknie ilustrowany album, a okładka urzekająca:) Powiedzmy, że to z okazji przypadającego niedawno (17 marca) i obchodzonego szumnie również w USA, Dnia Świętego Patryka. Które drzwi wybralibyście dla siebie?:)  


Nie mogłam się powstrzymać :P Dołączy do kolekcji. 


Butelki z mini koszykiem na nie. Nie widać tego na zdjęciu, ale całość można zawiesić. Wpadły mi w oko, są stylizowane na rodem z jakiejś prowansalskiej winnicy, a przynajmniej tak mi się kojarzą.  

Taki przekaz!:) Jak nie zabrać do domu?! :) 

Opasłe tomiszcze, ważne i ciekawe informacje - to lubię!


No co? No przyda się!:) 

Pozdrawiam



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz